Jezioro Głuszyńskie (kujawsko-pomorskie)

Browse By

Przenosimy się nad jezioro Głuszyńskie, położone na wschód od jeziora Gopło. Jest to akwen w województwie kujawsko-pomorskim o powierzchni 625 ha i średnią głębokością 9 metrów. Najgłębsze miejsca mają jednak nawet 36 metrów. Jezioro jest bardzo ciekawie ukształtowane, co najlepiej przedstawia mapa.

Pierwszy raz trafiłem tutaj w zasadzie przez przypadek, ponieważ zbliżał się długi weekend majowy i szukaliśmy domków letniskowych na wynajem właśnie na ten okres. Znaleźliśmy całkiem atrakcyjną ofertę, mam tu również na myśli fakt, że domek nie był jeszcze zajęty. Miejsce docelowe znajdowało się w gminie Topólka. Gdy zajechaliśmy, okazało się, że od wody dzieli nas jeszcze skarpa, co oczywiście trochę utrudniało łowienie. No, ale jak już jesteśmy to damy radę, szybko znaleźliśmy drogę do wody, prosto na średniej wielkości pomost.

Badając grunt przy pomoście zauważyłem, że dosłownie 2 metry dalej dno gwałtownie opada i robi się bardzo głęboko. Zbliżał się wieczór i postanowiłem zobaczyć, czy uda się coś złowić „z marszu”. Wyciągnąłem wędkę, przygotowałem zestaw gruntowy z ciężarkiem, na końcu przyponu średniej wielkości hak z dwoma czerwonymi wijącymi się robakami. Zarzuciłem raptem na kilka metrów w stronę, gdzie urywało się dno. Trzydziestogramowy ciężarek opadał bardzo długo, a gdy w końcu dosięgnął dna, ściągnąłem nadmiar żyłki i oparłem wędkę o barierkę pomostu. Gdy już robiło się ciemno, wędka zaczęła skakać po barierce i prawie wleciała do wody. Miałem dość delikatny zestaw, co spowodowało, że hol trwał trochę dłużej. Byłem bardzo zdziwiony, kiedy okazało się, że pierwsza złowiona w tym jeziorze ryba, to wymiarowy węgorz.

Następnego dnia łowiliśmy na spławik i spinning. Łowiąc na spławik nie nadążaliśmy ze ściąganiem uklejek i płoci z haczyka, a spinning zaowocował ładnymi okoniami i wymiarowym szczupakiem.

Nie miałem wątpliwości, że w tym jeziorze ryb nie brakuje. Po całkiem udanym długim weekendzie, wróciliśmy do domu i mieliśmy ochotę jeszcze kiedyś wrócić nad jezioro Głuszyńskie.

Kilka lat później…

Samochód załadowany, ruszamy. Kierunek jezioro Głuszyńskie. Jechaliśmy z Krakowa, więc kawałek drogi był do zrobienia. Gdy już dotarliśmy, okrążyliśmy jezioro i okazało się, że nie ma tam żadnego pola namiotowego, które przylegałoby do wody. Jedyne co znaleźliśmy, to był kawałek działki wydzielony w niedalekiej odległości od jeziora, bez pryszniców, bez toalety, a my jedynie z namiotem. Jak widać próba była nieudana, więc zrezygnowaliśmy i ruszyliśmy na zachód nad jezioro Gopło.

Czułem jednak niedosyt i nie dawało mi to spokoju. Ten przypadkowo złowiony węgorz dawał mi nadzieję na więcej. Rok później, wyposażeni już w przyczepę kempingową, ponownie spróbowaliśmy szczęścia. Ponieważ wiedzieliśmy, że nie ma tu pól namiotowych, szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy się ustawić „na dziko”. Brzegi są niestety bardzo trudno dostępne, a drogi prowadzące nad wodę są zabudowane domkami letniskowymi. Już myśleliśmy, że ponownie nie uda nam się znaleźć odpowiedniego miejsca i będziemy musieli skapitulować. Zauważył nas jednak pewien gospodarz i zaproponował ustawienie przyczepy na jego terenie bezpośrednio nad wodą z dostępem do pomostu. Miejsce okazało się być strzałem w dziesiątkę i skorzystaliśmy z tej oferty.

Ustawiłem przyczepę nad wodą i odpiąłem ją od samochodu. Jednak teren był bardzo nierówny, więc postanowiłem ją ręcznie ustawić w taki sposób, żeby była w miarę dobrze wypoziomowana przed wyciągnięciem nóżek. Nie spodziewałem się jednak, że moje ustawianie przyczepy tak ją rozhuśta, że zacznie jechać samodzielnie w kierunku wody. Rzuciłem się na dyszel i zaparłem się nogami, żeby ja wyhamować. Nie wiem jak w ogóle wpadłem na taki pomysł, bo już nawet wszystkie bajki dla dzieci uczą nas, że takie zachowanie zawsze kończy się niepowodzeniem – przyczepa zaczęła mnie ciągnąć za sobą. Ostatnim przejawem mojej przytomności i jednocześnie aktem desperacji było włożenie mojego buta, a wraz z nim mojej stopy, pod przednie koło, żeby je zaklinować. Poskutkowało i przyczepa zatrzymała się jakieś dwa metry przed wodą. Zaciągnąłem szybko hamulec i podpiąłem ją pod samochód. Po ponownym ustawieniu (już samochodem) wyciągnąłem nóżki i mogliśmy rozpocząć czterodniowy wypoczynek i połowy.

Zbliżał się już wieczór, więc wyciągnąłem gruntówki. Wędki o długości 2,7m do 3,3m, kołowrotki z wolnym biegiem, na jednym plecionka, na drugim żyłka. Przed przyponem zamontowałem rurki antysplątaniowe do których doczepiłem trzydziestogramowy ciężarek. Przypon o długości 50 cm, na końcu hak na węgorza z nabitymi rosówkami (po dwie). Moim celem oczywiście był węgorz. Biorąc pod uwagę, że poprzedniego złowiłem tu kilka lat temu i to przypadkiem, miałem nadzieję, że uda mi się złowić chociaż jednego przez te kilka dni. Robiło się już ciemno, kiedy usłyszałem dźwięk mojego sygnalizatora brań. Musiałem od przyczepy dobiec do wędki na pomoście, więc chwilę to potrwało. Plecionka uciekała z kołowrotka jak szalona, więc szybko zaciąłem. Pudło. Założyłem świeże rosówki i ponownie wyrzuciłem zestaw. Już myślałem, że zmarnowałem jedyną na dzisiaj okazję, kiedy ponownie usłyszałem sygnalizator. Zacięcie i jest. Nie mam wątpliwości, że na haku zaczepiony jest węgorz. Ryba ląduje w podbieraku, szybkie mierzenie (60 cm) i wypuszczam rybę do wody. Jeszcze nie wyczyściłem dłoni ze śluzu, kiedy usłyszałem drugi sygnalizator. Nie zdążyłem i ponownie puste zacięcie. Nie czekałem jednak długo na kolejne branie i kolejnego węgorza. Brania trwały jeszcze jakiś  czas i powtarzały się przez kolejne wieczory naszego pobytu nad jeziorem Głuszyńskim, więc wypad zaliczam do bardzo udanych. Nasza wytrwałość została nagrodzona.

Za dnia łowiliśmy również płocie, okonie, wzdręgi, leszcze i ukleje, ale te ryby nie były celem tego wypadu 🙂

W niedalekiej okolicy jeziora jest sporo sklepów, w których możemy się zaopatrzyć w artykuły spożywcze i pozostałe, potrzebne do „przetrwania”. Z punktu widzenia wędkarza, przy miejscowości Orle, znajdziemy bardzo dobrze wyposażony sklep wędkarski, który gorąco polecam ze względu na asortyment i ceny.

Jeżeli chodzi o bazę noclegową, to mamy tutaj do dyspozycji w zasadzie jedynie prywatne domki letniskowe, więc nie jest to szczególnie bogata oferta. Ale jak widać „dla chcącego, nic trudnego” i można sobie jakoś poradzić. Wędkarsko polecam to jezioro, ponieważ ryb tu nie brakuje. Gdyby jednak okazało się, że jakimś dziwnym trafem, nic tu nie złowicie (w co szczerze wątpię), wystarczy się spakować i ruszyć na zachód, nad wspomniane już wcześniej jezioro Gopło, które niedługo również opiszę.

Poza wędkarskimi aspektami tego miejsca, możemy też zwiedzić grobowce megalityczne we wsiach Wietrzychowice i Gaj, które pochodzą sprzed 5,5 tysiąca lat i są jednymi z lepiej zachowanych prehistorycznych zabytków w Europie.

Warto odwiedzić kujawy i spędzić tu kilka dni na wypoczynku i łowieniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *