Zalew Sulejowski – a jednak można!

Browse By

Jesteśmy nad Zalewem Sulejowskim. W poprzednim wpisie przybliżyłem wam atrakcje w okolicy i dwa miejsca, w których łowiłem. Teraz zapraszam do drugiej części, w której poznacie kolejne dwa pola namiotowe i kilka informacji, które sam chciałbym przeczytać rozpoczynając przygodę z biwakowaniem. Wydzielę też osobną sekcję dotyczącą łowienia.

Tresta

Ta miejscowość znajduje się w północno wschodniej części Zalewu, a pole namiotowe położone jest nad zatoką, do której wpływa rzeczka. W zasadzie są tu dwa pola namiotowe. Pierwsze znajduje się na południowym brzegu i jest dość trudno dostępne, ponieważ nie kierują na nie żadne znaki. Jest to małe pole bez dostępu do prądu i sanitariatów, więc zatrzymują się tu głównie wędkarze, którzy przyjeżdżają na krótko. Drugie pole, na północnym brzegu oferuje dostęp do prądu, pełne sanitariaty, bar, plażę, łąkę i las. Każdy powinien znaleźć miejsce dla siebie bardzo blisko wody. Jest jednak kilka rzeczy o których warto wiedzieć. Rozbijając namiot pierwszy raz w tym miejscu, większość pola była już zajęta, więc zagościliśmy bliżej plaży pod jedną większą sosną. Kiedy wszystko było ustawione jak należy i wędki w wodzie, nadciągnęła burza. Zerwała się tak gwałtownie, że nie zdążyłem nawet schować wędek do samochodu. Okazało się, że były to trzy burze krążące dokładnie nad nami.

Kiedy widzimy błysk i słyszymy grzmot, większość z nas zapewne liczy sekundy pomiędzy, żeby oszacować jak daleko od nas jest ta burza. A czy byliście kiedyś w sytuacji, gdy pomiędzy „widzeniem” a „słyszeniem” burzy nie ma przerwy? Wiecie co się wtedy dzieje?

A ja już wiem. Widzi się oślepiające białe światło i przeraźliwie głośny wybuch, który rezonuje dookoła jeszcze przez chwilę. To było niesamowite przeżycie. Jak jedna burza przeszła trochę dalej, przyszła następna, więc całe przedstawienie trwało około dwóch godzin, raz bezpośrednio nad nami, raz kawałeczek dalej, ale jedno jest pewne, tego dźwięku się już nie zapomina 😊

Tak gwałtownie jak się zaczęło, tak się też skończyło. Przestało padać, wyszło słoneczko, a ja pobiegłem do wędek, licząc na to, że fale nie splątały mi zbyt mocno zestawów. Okazało się, że na jednym haczyku była płoć, a na drugim dwa okonie. Tak, dwa. Mały okonek postanowił coś przekąsić, a duży okonek chwycił młodszego kolegę.

W każdym razie wniosek wyciągnięty na przyszłość – warto obserwować pogodę i odpowiednio szybko reagować.

Pole jest bardzo fajne i ceny też są przystępne, jeżeli jednak nie łowicie ryb i chcecie przyjechać tylko, żeby wypocząć na łonie natury, to warto omijać weekendy w lipcu i sierpniu. Od piątkowego wieczoru kontrolę nad tym odcinkiem brzegu przejmują wędkarze. Widok podobny do tego znad Zalewu Zegrzyńskiego. Wędka przy wędce na całej długości zatoki. Ryb jest tu bardzo dużo, ponieważ mniejsze sztuki wpływają tu w poszukiwaniu pokarmu, a większe drapieżniki szukają tu swoich ofiar, więc brania są bardzo częste, co przekłada się na nocny koncert sygnalizatorów i dzwoneczków. Polecam 😊

Karolinów

Jest to miejscowość sąsiadująca z Trestą od południa. Znajdziemy tu bardzo duże pole namiotowe w lesie z piaszczystą plażą, szkołą windsurfingu, barem, łazienkami i dostępem do prądu. Ceny też są bardzo dobre, więc warto się tu zatrzymać. W kwestii łowienia nie należy się tu spodziewać nieustających brań, ale jak już coś połknie przynętę, to jest to zwykle ładna ryba i warto na nią chwilę poczekać na świeżym powietrzu. Jeżeli jednak pada, można się schować w namiocie lub w przedsionku namiotu, jeśli się taki posiada.

A no właśnie, kupując namiot stanęliśmy przed niesamowicie ciężkim wyborem. Modeli jest bardzo dużo i ciężko się nie pogubić. Bardzo chciałem wysoki namiot z dużym przedsionkiem, żeby wygodnie siedzieć w czasie deszczu, albo jeden z tych namiotów „błyskawicznych”, które się same rozkładają. Jednak te z przedsionkiem są dość drogie, jeżeli mają być w miarę dobrej jakości, a do tych „automatycznych” nie miałem do końca zaufania. Wybór padł w końcu na namiot ze sklepu Decathlon, czteroosobowy, niski, a po rozłożeniu wygląda prawie jak półkula.

Jak się sprawdza taki namiot?

Dla dwójki dorosłych z dzieckiem, jest w środku wystarczająco dużo miejsca, żeby trzymać potrzebne rzeczy i wciąż mieć luz. W malutkim przedsionku można zostawiać buty i inne przedmioty. Byliśmy w Karolinowie ze znajomymi, którzy posiadają duży ośmioosobowy namiot z wielkim przedsionkiem. Pod wieczór zaczęło trochę padać i chętnie skorzystaliśmy z tej dogodności. Zrobiło się późno i dość mocno padało, więc schowałem sprzęt wędkarski i położyłem się spać w moim namiocie. Przez dźwięk deszczu uderzającego o namiot, bardzo szybko zasnąłem i obudziłem się dopiero rano. Zaspany wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem namioty poskładane jak domki z kart. Zarówno te duże z przedsionkami jak i te samo rozkładające się. Większość mniej lub bardziej podtopionych. Okazało się, że w nocy zerwała się ogromna ulewa i do tego zaczął wiać silny, porywisty wiatr, który dosłownie zdmuchnął namioty. Osoby przebywające na polu starały się w nocy ratować swoje schronienia i podobno było jedno wielkie zamieszanie. A my z synem w tym czasie smacznie spaliśmy i nic do nas nawet nie dotarło. Właśnie tak się sprawdza ten namiot. Dodam tylko, że było jeszcze kilka podobnych sytuacji i namiot nigdy nie zawiódł, więc z czystym sumieniem mogę polecić taki typ. Jeżeli chodzi o czas potrzebny na rozbicie namiotu, to po kilku próbach cała operacja nie zajmuje więcej niż 15 minut.

Jeżeli czytaliście stronę „O mnie” to wiecie, że po jakimś czasie rozszerzyliśmy namiot o przyczepę kempingową i pierwszy raz ustawiłem ją nad Zalewem wzdłuż brzegu i przyszła pora na naukę rozstawiania przedsionka. Na szczęście z pomocą przybiegło miłe małżeństwo z przyczepy obok i udało się prawidłowo zmontować całą konstrukcję. Pod wieczór wędki czekały na ryby, a my siedzieliśmy w przedsionku na krzesełkach i piliśmy gorącą kawę, ciesząc się dodatkowym miejscem. Po wielu wypadach nad Zalew byłem w stanie wyciągnąć wnioski z obserwacji pogody i wydawało mi się, że nadciąga burza, więc pochowałem sprzęt i wszystko co ruchome do przedsionka. Stanąłem nad wodą, żeby ponownie ocenić sytuację. Wiatr był bardzo słaby, ale dostrzegłem dość wysoką falę, podążającą w moim kierunku i szybko się wycofałem. Zamknąłem szczelnie przedsionek i kilka sekund później wiatr uderzył prosto w nas wdzierając się do środka dołem. Przedsionek jest z grubej gumy, więc szybko się napompował jak balon i śledzie przytwierdzające go do gruntu zaczęły puszczać. Chciałem przytrzymać namiot i chwyciłem metalowe rurki konstrukcji, ale niestety mój ciężar nie był wystarczający i momentami odrywało mi stopy od ziemi. Z pomocą przyszła żona i razem byliśmy w stanie utrzymać namiot przez dłuższe okresy. Niestety łącznie spędziliśmy prawie godzinę walcząc z wiatrem i unosząc się na przemian nad ziemię. Jedno niedopatrzenie przysporzyło nam chwile grozy i porządnych zakwasów. Kiedy sytuacja się uspokoiła sąsiedzi podeszli do nas i powiedzieli nam o pasie sztormowym, z którego warto korzystać rozstawiając przedsionek. Oczywiście takiego nie miałem, ale miałem na szczęście samochodowe pasy spinające, którymi dodatkowo przymocowałem konstrukcję namiotu do drzew i już żaden wiatr nam nie był straszny. Poza tym, stając nad dużym zbiornikiem, warto pamiętać o tym, żeby przyczepa była ustawiona prostopadle do brzegu, co zmniejszy powierzchnie narażoną na siłę wiatru, który w przeważającej większości przypadków nadciąga właśnie od wody. Jasne, mogliśmy pomyśleć przed rozpoczęciem wypoczynku, ale niektóre rzeczy, niestety, umykają w ferworze walki. Gdyby ktoś mi to powiedział wcześniej, to z pewnością bym się zorientował, że sposób, w jaki ustawiam przyczepę, nie należy do najmądrzejszych.

Dodatkowo warto zwracać uwagę na dolną część przedsionka, która leży już na ziemi. Kiedyś, podczas silnej ulewy, siedzieliśmy w wiele osób w przedsionku i żeby wszyscy mogli się widzieć każdy ustawił swoje krzesło wzdłuż boków namiotu, nóżkami dociskając koniec płachty do gleby. W błyskawicznym tempie namiot zaczął się wypełniać wodą i nagle wszyscy mieli mokre kostki. Dopiero po chwili zdumienia, zorientowałem się, że może warto chociaż troszeczkę podnieść płachtę, co spowodowało natychmiastowy odpływ całej wody.

Chcąc uniknąć zalania w przedsionku, warto dodatkowo pamiętać o dwóch rzeczach. Jeżeli zatrzymujemy się gdzieś, gdzie jest widoczny pochył, to często możemy zobaczyć główne „szlaki”, którymi woda odpływa do jeziora. Ja niestety stanąłem „centralnie” na takim szlaku i przez to całe zamieszanie. Drugą rzeczą, którą bardzo polecam, jest wykopanie niewielkich rowów odprowadzających napływającą z góry wodę. Co prawda długotrwałe ulewy mogą z czasem te rowy ponownie wypełnić ziemią, ale i tak jest to niezwykle skuteczna metoda na suchy przedsionek.

Moje porady na kemping? Przede wszystkim obserwujemy pogodę. Namiot powinien być opływowy i mieć osobną sypialnie (tropik nie powinien dotykać części, w której śpimy); przyczepa zawsze prostopadle do brzegu, a przedsionek przymocowany dodatkowo pasem sztormowym lub pasami spinającymi; warto mieć ze sobą małą łopatę do wykopania rowów odprowadzających wodę.

Wędkarstwo

Skoro już pokonaliśmy wszystkie trudności, możemy się skupić na tym co najważniejsze podczas naszego wypadu, czyli na łowieniu.

Zacznę od obrotówki, jak i średniej wielkości kopyta na lekkich główkach. Jednak spinning polecam głównie z łódki, ponieważ dno zalewu jest mocno zróżnicowane i jest sporo miejsc, gdzie można szukać ryby. Warto wtedy płynąć do południowej części zbiornika, gdzie jest dużo wysepek, które warto obłowić. Spinning to bardzo szeroki temat i w tym zbiorniku niestety nie jestem w stanie zdradzić „pewniaka” na szczupaka, więc trzeba próbować i szukać szczęścia w swoim pudełku z przynętami.

Trochę dokładniej mogę natomiast opisać metodę gruntową w tych miejscowościach, które wcześniej opisałem. A dokładniej, zaczniemy od Tresty i opisanej wcześniej zatoczki. Stojąc na północnym brzegu powinniśmy zarzucić zestawy na mniej więcej ¾ odległości do przeciwległego brzegu, ponieważ w tym miejscu przebiega trochę głębsza rynna, którą ryby sobie upodobały.

W Karolinowie są skrajne warunki łowienia, ponieważ przy piaszczystej plaży, niedaleko szkółki windsurfingu, jest bardzo głęboki spadek zaledwie kilka metrów od brzegu. Całkiem dobre miejsce na dużego leszcza. Od plaży do końca pola namiotowego jest dość płytko na znaczną odległość, a z brzegu zarzucimy w środek gęstych podwodnych zarośli, więc warto wejść kilka metrów do wody i solidnie „machnąć” kijem, posyłając zestaw tuż za roślinność wodną.

W obu miejscach przynęty do użycia będą podobne. Zacznijmy w takim razie nasz dzień łowienia w miejscu z zaroślami. Wczesnym rankiem wychodzimy z namiotu i patrzymy na wodę. Jeżeli jest lekka fala, to warto od razu wyciągnąć feedera i przygotować zanętę na leszcza lub najlepiej zmieszaną z zanętą na karpiowate. Jeżeli jesteśmy w stanie posłać kulę zanętową w łowisko, to możemy tak uczynić (jednak 1 – 2 kule w zupełności wystarczą). O tej porze nie powinniśmy długo czekać na pierwsze drgania szczytówki. Używamy koszyczka zanętowego, przyponu ok 40 cm, a na haczyk zakładamy lekko obgotowany makaron czy pęczek białych robaków. Leszcze, które lądowały w tym miejscu w moim podbieraku miały od 40 do 60 cm. Po zacięciu ryby, warto od razu unieść wędkę wysoko, żeby trochę pomóc rybie przepłynąć przez zarośla. Niestety, niejedna ryba nam spadnie z haczyka w tym miejscu.

Jeżeli wiatr ustanie, to zmieniłbym nieco przynętę. Zanęta pozostaje bez zmian, tylko nie ugniatamy jej w koszyczku zbyt mocno. Na haczyk zakładamy kukurydzę z puszki (im twardsza, tym lepsza). W sklepie wędkarskim znajdziemy też sztuczną, gumową kukurydzę. Warto ją dołożyć na haczyk, ponieważ jest ona pływająca i powoduje, że nasza przynęta unosi się nad dnem, co ułatwi nam zadanie. Posyłamy zestaw w zarośla i czekamy na branie. Jeżeli trafiliśmy w dobre miejsce możemy liczyć na ładnego lina. Musimy się uzbroić w cierpliwość i wyczekać moment zacięcia, żeby ryba się nie zerwała natychmiast. Lina złowiłem w tym miejscu w samo południe, więc jak widać bierze on nie tylko o świcie.

Po 12-stej brań jest zdecydowanie mniej, a miejscowa szkoła windsurfingu zaczyna działać i często zdarza się, że niesforny uczeń wpłynie w nasze żyłki, więc jeżeli mimo wszystko chcemy łowić, warto mieć oko na to co się dzieje na wodzie. Przy okazji polecam słuchać instruktorów, ponieważ szybko można się nauczyć pływać na desce, a przynajmniej w teorii.

Pod wieczór woda ożywa i musimy się zastanowić co chcemy dalej łowić. Możemy liczyć znowu na ładne leszcze przez całą noc albo nastawić się na drapieżne ryby. Leszcze już opisałem, więc skoncentrujmy się na drapieżnikach. Wyciągamy mocniejszy sprzęt i zakładamy rurkę antysplątaniową z ciężarkiem, przypon o długości 50-70 cm i duży hak. Jeżeli na przynętę wybierzemy martwą rybkę, to najlepiej zarzucić na wysokość zarośli. Wodorosty nie tworzą tu ciągłego pasa. Pomiędzy dużymi kępami trafimy na czyste dno i właśnie tu powinniśmy umieścić nasz wabik. Przy zachodzie słońca prawdopodobnie złowimy jakiegoś sandacza.

Są dwa sposoby na odnalezienie takich miejsc. Można za dnia przeczesać dno spinningiem i wytypować potencjalne miejsca, a można też zwyczajnie się przepłynąć i przekonać się na własnej skórze, jakie dno mamy pod sobą. Wybór pozostawiam wam. W niektórych okresach sezonu wodorosty zajmują na tyle dużą powierzchnię, że łowienie, pływanie czy jakiekolwiek sporty wodne są bardzo utrudnione. W związku z tym czterech wędkarzy postanowiło oczyścić trochę jezioro i chwyciliśmy za grabie. Staliśmy po szyję w zaroślach i machaliśmy pod wodą grabiami, wyciągając wodorosty. Piąta osoba zbierała wygrabione zielsko do pontonu i wywoziła na brzeg. Kilka godzin pracy, poranione stopy i dłonie, ale długi odcinek był znowu do użytku.

Inne ryby, które tu złowimy, to oczywiście sumy. Zakładamy na hak 2-3 grube rosówki, albo kawałek niezbyt świeżej wątróbki i czekamy. Efekty powinny być widoczne w nocy.

W poprzednim wpisie o Zalewie wspomniałem o tym, że sum stał się do pewnego stopnia problemem tego zbiornika i o plotkach o zniesieniu wymiaru ochronnego. Na stronie internetowej PZW okręg Piotrków Trybunalski pojawiła się uchwała znosząca nie wymiar ochronny, ale limit ilościowy połowu suma europejskiego. Jest jednak jeszcze większy problem – eutrofizacja. Nawozy stosowane na okolicznych polach spływają bezpośrednio do wody lub są wprowadzane do niej przez Pilicę. Powoduje to właśnie „zarastanie” wody. Sinice, które możemy tu zaobserwować niekiedy tworzą gęste zielono żółte kożuchy, woda staje się kompletnie mętna, a wodorosty rosną w niesamowitym tempie. Prowadzi to w późniejszym stadium do wymierania zbiornika. Na skutek niskiej przejrzystości wody, słońce nie dociera do głębszych warstw i roślinność wodna się cofa. Przez to też obniża się poziom tlenu w zbiorniku. Dotarły mnie słuchy, że Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej nakazał PZW w Piotrkowie Trybunalskim wprowadzenie całkowitego zakazu nęcenia w tym zbiorniku. Jest to dość świeża informacja, jednak uchwały w tej sprawie jeszcze nie widziałem. Moim skromnym zdaniem nie tędy droga. Oczywiście są szaleńcy, którzy na wstępie do wody wrzucają 10 kg zanęty, jednak większość z nas dozuje zanętę i nie używa jej nadmiernie. Jest sporo wód w Polsce, gdzie obowiązuje ograniczenie dobowe na nęcenie i jest to jakiś dobry początek. Można się jednak też zastanowić nad przyczyną tej sytuacji i starać się ograniczyć szkodliwe działanie głównego źródła problemu. Mam nadzieję, że nęcenie zostanie jedynie ograniczone, a nie całkowicie zabronione, ponieważ sam zbiornik jest wędkarsko niezwykle atrakcyjny i po kilku próbach i błędach można łowić bardzo ładne ryby.

Mam nadzieję, że zawarte tu wskazówki pomogą wam przede wszystkim spokojnie wypocząć nad wodą bez obaw o latające przedsionki czy poskładane namioty, a do tego złowić kilka fajnych ryb. Opisałem tu tak naprawdę podstawy biwakowania, jednak zdarzają się też mało przewidywalne sytuacje, na które musimy być przygotowani.  O tym jak sobie z nimi poradzić z pewnością niedługo też napiszę.

2 thoughts on “Zalew Sulejowski – a jednak można!”

  1. Daniel says:

    Przydatne informacje oraz moje spostrzeżenia. Zalewem Sulejowskim zarządza PZW w Piotrkowie Tryb. Chcąc wnieść opłatę na trzy dni trzeba udać się do stannicy, która znajduje się przy Zalewie w Borkowicach Mokrych. Ponieważ w sklepie wędkarskim nie można. Więc wycieczka do sklepu, który widnieje na stronie koła jako „miejsce dokonywania wpłat” nie ma sensu. Po wizycie w stannicy trzeba się wrócić, aby dojechać do miejscowości Karolinów, gdzie znajduje się ów pole „namiotowe” Jakież było moje zdziwienie, gdy poszedłem się rozejrzeć i… Ani jednego namiotu same przyczepy, które pozajmowały wszystkie najlepsze miejsca i stoją zajęte lub puste przez cały sezon bo właściciele raz na jakiś czas odwiedzają to miejsce, ale przy wodzie w cieniu tam się nie rozłożycie. Oprócz tego przy brzegu biegają dzieci więc z łowienia nici. Poza tym, pojechałem tam sam z małym namiocikiem chciałem powędkować sobie, trzy dni. Autor opisuje to miejsce jako tanie. Ponieważ tanie to pojęcie względne nie będę polemizował, ale dodam,że 120zł za namiocik i moją skromną osobę na trzy dni to dla mnie i dla wielu to jednak sporo. Dodać należy ,że oprócz tego musiałem zapłacić za wędkowanie 50zl. To takie sprostowania które są moim zdaniem bardzo ważne. Pozdrawiam Wszystkich Daniel.H

    1. Paweł says:

      Bardzo dziękuję za te informacje.
      Nad zalewem byliśmy już jakiś czas temu i płaciliśmy za przyczepę lub namiot, trzy osoby (z dzieckiem) i prądem 35 PLN, więc na osobę nieco ponad 10 PLN. W Pana przypadku 40 PLN za dobę za namiot wygląda rzeczywiście mniej atrakcyjnie. Ceny były do negocjacji i gorąco to polecam – działało.

      Jeżeli chodzi o opłaty za wędkowanie, to roczna składka na ten Okręg wynosi 100 PLN i właśnie z takiej korzystałem ze względu na wizję kilku wypadów nad tę wodę.

      Fakt faktem, w porównaniu z innymi okręgami, składka roczna nie jest wysoka, chociaż adekwatna do ilości wód 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *