Wisła – „temat rzeka”

Browse By

Wisła to prawdziwy „temat rzeka”. Kiedy po raz pierwszy znalazłem się nad tą rzeką, od razu wiedziałem, że jest tu wiele możliwości i potrzeba dużo cierpliwości, żeby od nowa nauczyć się łowić. Spędziłem nad tą wodą dużo czasu, więc podzielę opis na kilka części. Na początek zajmę się metodą spinningową. Nie łowię z łódki, ponieważ jej nie mam i jakoś nie ciągnie mnie w tę stronę. Trolling również jest mi obcy, ponieważ nie czuję tematu pływania z echosondą i podawania przynęty rybom bezpośrednio pod pysk. Moim zdaniem ta metoda eliminuje całą otoczkę, która w wędkarstwie jest często ważniejsza od samej ryby. Dlatego zostaniemy na brzegu i zobaczymy, co i w jaki sposób możemy tak złowić.

Pewne sytuacje zapadają w pamięć i myślę, że ten opis będzie przydatny dla wielu osób, które nie łowiły lub rzadko łowią w dolnym biegu Wisły. Mam tu na myśli odcinek od Kwidzyna po Martwą Wisłę.

Na wstępie napiszę kilka słów o sprzęcie, którego używam. Wędka nie musi być toporna, a kołowrotek nie musi mieścić 300 metrów żyłki. Obecnie na spinning nad Wisłę zabieram kij Shimano Catana (ciężar wyrzutu 10-30 gram) o długości 3 metrów i młynek Shimano Catana 3000 SFB z nawiniętą plecionką o średnicy 0,16. Taki zestaw w zupełności wystarczy. Dlaczego warto użyć plecionki zamiast standardowej żyłki? Dlatego, że się nie odkształca, co ułatwia rzuty i jest dużo mocniejsza. Na dnie rzeki jest mnóstwo zaczepów, a plecionka uratowała mi już niejednego woblera.

Jeżeli chodzi o przynęty, to warto mieć ich pełen przekrój. W tej wodzie możemy złowić praktycznie każdy gatunek drapieżny występujący w Polsce, więc zależnie od okresu i poziomu wody warto próbować różne wabiki. Sprawdzają się małe obrotówki typu Mepps Black Fury na okonie, wahadłówki i kopyta na szczupaki i cała gama woblerów na różne okazje. Szczególnie polecam woblery Salmo Hornet, które bardzo ładnie pracują.

Po przybyciu nad wodę, wybieram ostrogę, którą zaczynam obławiać. Startuję u podstawy, nie wchodząc natychmiast na jej szczyt. Teraz wybieram w którą stronę posłać przynętę. Między główkami, gdzie występuje nurt wsteczny warto poszukać rynny, która znajduje się zwykle niedaleko brzegu. Właśnie tu posyłam moją obrotówkę lub niewielkiego woblera i powoli kręcę korbką. Sam nurt pozwala nawet na przytrzymanie przynęty w miejscu przy zachowaniu jej pracy, więc nie spieszę się ze ściąganiem. Skutkuje to przeważnie braniami okonia.

Po obłowieniu rynny, skupiam się na klatce, czyli miejscu pomiędzy główkami, w którym jest zastoisko i nurtu prawie nie ma. Teraz zakładam większą obrotówkę, a najchętniej woblera (6-8 cm). Wcześniej już pisałem o modelu Hornet firmy Salmo. Są to bardzo intensywnie pracujące woblery o różnej głębokości schodzenia i oczywiście w przeróżnych kolorach. Zwykle stosuję wersję pływającą w kolorze czarno-srebrnym lub niebiesko-białym. W ten sposób szukam szczupaka, który czeka na swoim stanowisku na przekąskę. Jeżeli moja przynęta się spodoba, to mam szczęście i mogę wyciągnąć z wody ładną sztukę. Po zrobieniu zdjęcia wypuszczam rybę znowu do rzeki, ponieważ jest wysokie prawdopodobieństwo, że złowię ją niedługo ponownie. Na poparcie tych słów dodam, że podczas jednego wypadu wyciągnęliśmy z kolegą małego szczupaka (ok 40 cm). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wokół łba miał założoną gumkę recepturkę, która wżynała się już w skórę i miał przez to ranę dookoła głowy. Usunęliśmy ten przedmiot i „szczupły” wrócił do wody. W przeciągu jednego sezonu złowiliśmy tego samego osobnika 3 razy w jednym i tym samym miejscu. Rozpoznaliśmy go po ranie, a później już po bliźnie. Za każdym razem był większy, więc i przyjemność z holu była coraz większa.

Nie jest też tak, że nigdy nie zabiorę żadnej złowionej ryby, ale jeżeli jest niewymiarowa lub w okresie ochronnym to obowiązkowo trafia znowu do wody. Jeżeli, tak jak w tym przypadku, jestem w stanie powiedzieć, że jest to okaz, którego kilka tygodni temu już wyholowałem, to też nie ma szans, żeby trafiła na patelnię. Jeżeli jest to większa sztuka, to również nie jestem w stanie jej zabrać, pomimo braku formalnego górnego wymiaru ochronnego. Przestrzeganie tych zasad powoduje, że 99% jedzonych przeze mnie ryb pochodzi niestety z działu rybnego, a czasami niestety świeżość jest dość wątpliwa. 😊

Kiedy ja staram się jak mogę uskutecznić łowienie tych gatunków, które opisałem, mój kolega po kiju, też Paweł, jest skoncentrowany na zupełnie innej rybie. Szuka bolenia. Te są niesamowicie płochliwe. Widziałem nie jeden raz, jak wędkarze wchodzili na główkę na czworakach i spinningowali klęcząc na kamieniach. Połów tego gatunku wygląda prawie jak polowanie i trzeba mieć dużo wytrwałości, żeby w końcu uwiecznić swoją zdobycz na zdjęciu. Paweł jest właśnie jednym z tych wędkarzy, którzy „czołgają” się na koniec ostrogi i z błyskiem w oczach ściągają przynętę w tempie, które przypomina przewijanie ołówkiem kasety z magnetofonu. Jednak radość ze złowionego okazu jest wtedy dwa razy większa, więc rozumiem ten zapał i kiedyś sam spróbuję.

W tym roku wybraliśmy się pierwszy raz nad Wisłę pod koniec marca. Woda w końcu trochę opadła i odsłoniła częściowo ostrogi. Paweł, jak zwykle, zakradał się na szczyt ze swoim sprawdzonym, smukłym woblerem czarno-srebrnym, żeby poszukać bolenia. Po niedługim czasie usłyszałem magiczne słowo „siedzi”. Ryba szamotała się mocno i ciężko było dostrzec jaki to gatunek. Dopiero pod koniec holu okazało się, że to piękna troć.

Jednak koniec marca nie jest jeszcze najlepszym okresem na spinning w Wiśle, więc wracam do okresu letniego kilka sezonów wcześniej. Gdy z kolei z innym kolegą szykowaliśmy się do nocnej zasiadki na grunt, zobaczyłem jak drobnica w bardzo charakterystyczny sposób wyskakuje z wody. Ucieczka małych ryb wyglądała jak wachlarz, co oznacza, że w łowisko wszedł sandacz. Skoro już to zauważyliśmy, to nastąpiła zmiana wędki na spinning i założenie małego woblera, głęboko schodzącego. Chwilę później rzeczywiście sandacze już pozowały do zdjęcia i wróciły do wody.

Bez wątpienia, Wisła jest moim ulubionym łowiskiem, ponieważ można tu wyholować różne gatunki i każdy wypad nad dużą rzekę ma niepowtarzalny klimat. Jednak Wisła uczy pokory i niejeden wyjazd zakończył się przegraną z zerowym, a w zasadzie nawet ujemnym bilansem – zero ryb i utrata kilku przynęt. Nie jest to jednak w stanie mnie zniechęcić, a wręcz przeciwnie, jeżeli nic złowię, to tym szybciej chcę wrócić nad wodę.

Przenosimy się teraz dalej na północ. Od śluzy w Przegalinie na zachód, płynie Martwa Wisła. Nurt jest tutaj delikatny, a woda jest w smaku już słonawa. Ten odcinek znacznie różni się od głównej rzeki. Brzegi są dość proste, porośnięte trzcinami, a sytuacja opiekunów tego odcinka jest dość skomplikowana. Częściowo mamy do czynienia z PZW, częściowo z Zarządem Portu Morskiego, a odcinek „głównej” Wisły od Przegaliny do ujścia jest pod rządami spółdzielni rybackiej „Troć”. Oczywiście każda strona wymaga osobnego zezwolenia na wędkowanie, więc warto sprawdzić, gdzie dokładnie będziemy łowić.

W każdym razie, nad Martwą Wisłę w okolicach Wiślinki (PZW) zabieram swojego syna bez obaw o to, że wpadnie do rzeki i porwie go silny nurt. Jest tu też sporo trzcin, przy których trzymają się licznie okonie i szczupaki. Uzupełnieniem wcześniej wspomniach przynęt będzie tu kopyto. Zwykle skuteczne okazują się kolory czarno-srebrne z dodatkiem brokatu. Nie ma się co bać większych wabików, ponieważ kopyta o długości 10 cm będą w sam raz w tym miejscu. Próbuję tu różne techniki prowadzenia, od podbić po jednostajne ściąganie gumy, co prędzej, czy później skutkuje ładną rybą. Po kilku godzinach „machania” wędką, możemy odpocząć sobie na piaszczystej plaży i zrobić grilla. Całkiem przyjemne miejsce, o którego dość często wracamy.

Dobrym łowiskiem są też okolice mostu wantowego na drodze krajowej nr 89, kawałek dalej na zachód (tu rządzi już Zarząd Portu Morskiego). Mamy tu również sporo trzcin, w których siedzą okonie i mniejsze szczupaki. Pamiętam jeden wypad, podczas którego nie udało się nam złowić żadnej ładniejszej ryby aż prawie do samego końca. Po długim wędkowaniu bez rezultatów, trochę zrezygnowany założyłem dużą wahadłówkę typu „alga” i posłałem ją daleko od brzegu w okolice roślinności wodnej. Miał to być ostatni rzut tego dnia, więc spokojnie poczekałem, aż przynęta opadnie na dno i leniwie zacząłem ją ściągać. Tego dnia używałem wędki Mikado Diamond Spin o ciężarze wyrzutu do 12 gram i długości 2,7 m. Była to więc bardzo delikatna wędka, a moje zdziwienie po wypowiedzeniu magicznego „siedzi”, było ogromne. Złowiłem wtedy szczupaka o długości ok. 70 cm.

 

Wędrówki nad Wisłą to za każdym razem zupełnie nowa przygoda i każdy, kto jej doświadczy chociaż raz, będzie czuł niedosyt i prędzej czy później wróci. Przede wszystkim różnorodność gatunków ryb, pobudza wyobraźnię każdego wędkarza. Przez nurt i różny poziom wody, dno potrafi się zmienić w bardzo szybkim tempie. To powoduje, że nie nauczymy się rzeki tak jak uczymy się zbiorników ze stojącą wodą. To właśnie stanowi dodatkowe wyzwanie, ale jednocześnie stwarza nowe możliwości. Kiedy tylko mam taką to możliwość, to zjawiam się nad Wisłą ze spinningiem. Po pewnym czasie odkryłem jednak również inny sposób na dużą rzekę. Wędkarstwo gruntowe jest też świetną formą łowienia. Nie chodzi o zamianę spinningu na feedera, ale o możliwość wypełnienia całej doby 😊

Podczas nocnej zasiadki niekoniecznie staram się złowić leszcza, karpia czy płotkę. Oprócz białorybu, moim celem stają się ryby drapieżne, a konkretnie sum, węgorz i sandacz. Brania tych ryb to niesamowite emocje, o czym napiszę w kolejnym tekście. Przybliżę wam również co i kogo można spotkać w nocy nad Wisłą i jak się przygotować do takiej wyprawy, żeby była udana nawet wtedy, kiedy nie złowimy żadnej ryby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *