Jezioro Dobre – czy zakaz nęcenia to dobra zmiana?

Browse By

Jezioro Dobre to malowniczo położona woda, otoczona sosnowym lasem z każdej strony i przepiękną linią brzegową. Już pierwsze spojrzenie pobudza wyobraźnię i rodzi nadzieję na spotkanie z wielką rybą. Położone jest w gminie Puck przy drodze prowadzącej z Wejherowa do Krokowej. Ryby, jakie tu możemy złowić, to głównie płocie, leszcze, karpie, okonie, szczupaki i węgorze. Zarybienia karpiem były prowadzone na dość szeroką skalę, więc trafiają się całkiem spore okazy.

Nad tym jeziorem byłem jak dotąd dwa razy – na początku maja 2016 roku i na początku czerwca 2017 roku. Jakie były efekty tych dwóch wypadów?
Wybierając się z przyczepą właśnie w to miejsce moje oczekiwania były dość wysokie, ponieważ sprawdzając w regulaminie PZW zobaczyłem jeden istotny zapis – „Zakaz nęcenia zanętami organicznymi i nakaz zabierania ryb karpiowatych”. Sam zakaz mógłby oznaczać kiepski stan jeziora i próbę spowolnienia eutrofizacji, jednak dodatkowy nakaz w moim przekonaniu oznacza tyle, że jest bardzo dużo ryb karpiowatych, które przyczyniają się do degradacji jeziora. Skoro jest tyle przedstawicieli tego gatunku, to brania powinny następować jedno po drugim, a czasami może trafić się ładny okaz. No niestety, nie do końca tak to wyglądało rok temu, ponieważ przez 2 dni łowienia na grunt nie doświadczyłem nawet najmniejszego skubnięcia. Nie potrafiłem sobie wytłumaczyć, dlaczego żadna ryba nie skusiła się na przynętę. Stwierdziłem, że może woda jest jeszcze zbyt chłodna i warto przyjechać w innym terminie.

Tak też uczyniłem w tym roku. Kilka tygodni jest już w miarę ciepło, ryby wyskakują z wody i komary kąsają, ile wlezie. Zajechaliśmy z przyczepą w sobotnie popołudnie i chwilę później dwa zestawy gruntowe z pinką i białymi robakami, na małych haczykach, leżały smacznie na dnie jednej z zatok. Dokładnie tak jak rok wcześniej – nic. Szczytówki nie drgają, nic się nie dzieje. Obok mojego łowiska znajduje się spory obszar gęstej roślinności wodnej, więc zamieniam grunt na spławik i posyłam zestaw z pinką w to miejsce. Kilka sekund później wyciągam okonia (20 cm). Tego gatunku wydaje się tu być naprawdę dużo i niektóre osobniki rzucały się na małe robaczki nawet podczas ściągania zestawu. Dopiero po dłuższym czasie udało mi się namierzyć miejsce, w którym licznie występowały płocie. Pod wieczór wróciłem do metody gruntowej i białych robaków. Po długiej ciszy nastąpiło delikatne branie i na haczyku znalazłem małego węgorza (40 cm). Pomyślałem, że skoro drapieżniki rzucają się nawet na drobną przynętę, to warto założyć większy hak i dżdżownice. Niestety nie przyniosło to żadnych efektów.

Świadomie wybrałem do łowienia płytką zatokę, ponieważ woda tu się szybciej nagrzewa i liczyłem na częste brania. Jednak efekty były marne. Chociaż i tak wyglądało na to, że wyciągam ilościowo więcej ryb, niż pozostali wędkarze, łowiący na „otwartej” wodzie. Następnego ranka usłyszałem wyskakującego szczupaka i zobaczyłem tylko łeb, który wydawał mi się bardzo duży. Łowiąc w ciągu dnia obserwowałem to miejsce i po jakimś czasie ów szczupak ponownie wyskoczył z wody i był ogromny. Wynurzył się jakieś 10 metrów ode mnie, więc widziałem go bardzo dobrze. Rozmiar oceniam na ok 90 cm do 1 m, a jeżeli chodzi o obwód, to nie byłbym w stanie objąć go w taki sposób, żeby palce obu dłoni się złączyły. Biorąc pod uwagę obecność tak dużego drapieżnika w łowisku, straciłem nadzieję na większą rybę. Dopiero wtedy zauważyłem, że większość wędkarzy używa spławika jedynie po to, żeby założyć złowioną płotkę na większy hak. Kilkanaście metrów dalej, właśnie ktoś złowił szczupaka na żywca. Ryba mierzyła ok. 60 cm, ale była prawdziwym „grubasem” i przypominała bardziej nażartego jesiennego drapieżnika, niż wiosennego szczupaka.

Ponieważ rok wcześniej nie złowiłem ani jednej ryby, tym razem byłem uzbrojony po uszy w sprzęt i przynęty. Przygotowałem różnego rodzaju wędziska od spławika, przez feedera po spinning. Byłem gotowy zaprezentować rybom pełen wachlarz przynęt.

Podczas łowienia na spławik zakładałem pinkę lub białe robaki i kukurydzę – złowiłem kilka okoni i kilka płotek. Bez większych okazów.

Feeder i gruntówka, w prawdzie, zamiast koszyczka miały jedynie ciężarek, ze względu na zakaz używania zanęt, jednak na haku znalazło się kilku daniowe menu składające się ze startera w postaci pinki jak również białych robaków, na danie główne zaserwowałem dżdżownice, podwieczorek składał się z rybnego pelletu, a na kolacje lekka kukurydza lub makaron. Tak wyrafinowane menu zwabiło jedynie wspomnianego wcześniej węgorza, który w zasadzie nie zarezerwował stolika i nie był zaproszony.

Kiedy postanowiłem zmienić metodę na spinning, na pierwszy ogień poszły różnego rodzaju obrotówki, te pewniaki i te mniej sprawdzone. Bez wyników. Następnie małe, średnie i duże woblery. Oczywiście takie, które noszą ślady walki z ostrymi zębami wielu szczupaków. Bez wyników. Dalej kopyta, twistery, wahadłówki i wszystko na nic. Bez efektów.

Biorąc przykład z kolegów po kiju, zacząłem nawet łowić na żywca, co zdarzyło mi się ostatni raz kilka lat temu. Jak się nieciężko domyślić – bez efektów.

Większość złowionych przeze mnie ryb, to drapieżniki i to na spławik/grunt. Skąd w takim razie nakaz zabierania karpiowatych i zakaz nęcenia?

Te przepisy obowiązują od stycznia 2016 roku, więc stosunkowo niedługo, a białej ryby nie widać. Może to kwestia źle dobranej przynęty, a może czegoś zupełnie innego. Zakaz nęcenia może służyć zahamowaniu zarastania jeziora. Z doniesień wiem, że woda w sezonie letnim jest mocno porośnięta i kwitnąca, jednak z drugiej strony czytałem też o pogłoskach, że PZW dąży do tego, żeby przekształcić jezioro w akwen, w którym dominuje drapieżnik. W pobliżu wody jest jedynie las, brak jakichkolwiek ziem uprawnych, z których mógłby spływać nawóz, brak ośrodków, domków letniskowych, pól namiotowych, z których mogłyby być odprowadzane ścieki „użyźniające” jezioro. Nie znam prawdziwego powodu, a zarządzenia WIOŚ i PZW są bardzo lakoniczne. Nie precyzują konkretnych gatunków ryb, które należy zabierać – rodzina karpiowatych jest dość obszerna, więc nakazuje się tak naprawdę zabieranie praktycznie całej białej ryby z tego jeziora.

Czy to jest właściwa droga?

Jeżeli znajdzie się ktoś, komu udało się niedawno wyciągnąć jakieś okazy, to bardzo chętnie się dowiem w jaki sposób i na jakie przynęty udało się to osiągnąć. Jezioro jest pięknie położone, z idealną linią brzegową i w wodzie widać życie, jednak ja nie byłem w stanie przechytrzyć żadnej większej ryby, a naprawdę próbowałem wielu przynęt. Postaram się podjechać nad „Dobre” jeszcze w cieplejszych miesiącach i wyciągnąć coś większego. Proponuję wam również krótką wycieczkę w tę okolicę, żeby zobaczyć, jak to jest łowić kompletnie bez zanęty. Miejsce oceniam bardzo wysoko, jednak co do rybostanu, to wypowiem się dopiero po kilku kolejnych wizytach, ponieważ nie jestem w stanie rozgryźć tego jeziora.

One thought on “Jezioro Dobre – czy zakaz nęcenia to dobra zmiana?”

  1. Adam says:

    Fajnie opisałeś Swoją wyprawę , faktycznie uzbrojony byłeś po zęby hahaha, ale to w wędkarstwie jest najpiękniejsze ,że nie ma reguł . Byłem przy okazji majówki nad tym jeziorem ze spinningiem nastawiony na okonie, nie miałem nawet jednego brania okonia, za to złapałem szczupaka 60cm na okoniowego riperka i faktycznie szczupak też był wypasiony .

    Teraz nie łapię na spławik czy grunt ale pamiętam z młodych lat radę doświadczonego wędkarza który mi jej udzielił , prosta i zawsze skuteczna ; żeby wyjąć kamień z wody, gałąź czy roślinę większą cokolwiek co znajduje się w wodzie i zobaczyć co na tym żyje , wszelkiego typu robactwo wyjąć i na hak . Zawsze to się sprawdzało.
    Teraz wszystko można kupić i jest to wygodne ale rybki żerują na tym co żyje w wodzie .

    Połamania i może do zobaczenia w tym roku na majówce nad jez.Dobre

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *