Spływ leszczowy Brdą

Browse By

W województwie pomorskim, w powiecie czerskim, znajduje się mała miejscowość o nazwie Zapora. Calkiem przypadkowo właśnie tu została zbudowana … zapora na rzece Brdzie, która swoje źródło ma na pomorzu, a po przepłynięciu 238 km w końcu łączy się z Wisłą na wysokości Bydgoszczy. Opiszę fragment rzeki przy wspomnianej tamie, gdzie rzeka jest trochę szersza i łowienie metodą gruntową jest bardzo przyjemne. Opiekunem tej wody jest gdański Okręg PZW.

Szukając odpowiedniego miejsca na kilka dni wypoczyku, znaleźliśmy informacje na temat pola biwakowego Mylof, które mieści się bezpośrednio przy rzece. Teren jest zarządzany przez Lasy Państwowe i za pobyt pobierane są opłaty (7 PLN od osoby i 5 PLN za samochód). Samo pole jest podzielone na dwie części, pomiędzy którymi biegnie droga. Niestety na części przy rzece nie ma toalet, prysznica, bieżącej wody ani prądu. Na polu przy leśniczówce, już wszystkie te „dodatki” są dla nas dostępne. Warto zobaczyć również hodowlę pstrąga „w tamie”, która powstała w kanale poprowadzonym obok zapory. Ryby trafiają stąd prosto do pobliskiej retauracji i na podniebienia głodnych gości oraz do sąsiadującej wędzarni, w której oprócz wspomnianego gatunku dostaniemy również węgorze, jesiotry i inne ryby w przeróżnych odsłonach. A gdyby nam zabrakło artykułów pierwszej potrzeby, to zakupimy je tuż obok restauracji. Wszystko w odległości ok. 300m od pola.

Na całym terenie ustawione są altanki z drewnianymi ławkami i stołami, gdzie możemy zjeść posiłek nawet kiedy pada. Dodatkowo rozwieszona jest siatka do gry w siatkówkę oraz mamy możliwość rozpalenia ogniska pod wielką altaną z ławkami. Brda jest chyba jedną z najbardziej obleganych rzek na pomorzu pod kątem spływów kajakowych i właśnie to pole jest punktem, w którym należy wyjąć kajak z wody i przetransportować na drugą stronę zapory. Wiele osób podczas spływu rozbija tu namiot i rusza dalej następnego dnia. Jest to niemałym utrudnieniem, jeżeli chodzi o wędkarstwo, ponieważ miejsca, gdzie możemy zarzucić wędkę pokrywają się z miejscami, w których kajakarze dobijają do brzegu. Zdecydowanie mniej razy zwiniemy zestawy w ciągu tygodnia, niż w weekend, więc warto mieć to na uwadze, przed planowaniem wyjazdu. Jeżeli zaś nagle zobaczymy, że nadciąga cała flota wioślarzy, to możemy sobie zrobić chwilę przerwy i pójść na grzyby. Piękny krajobraz zdecydowanie wynagrodzi nam dodatkową, nieplanowaną, aktywność fizyczną – za plecami las, przed nami rzeka i las, a w wodzie … no właśnie, co się czai w wodzie?

Po przyjeździe okazało się, że praktycznie cały brzeg rzeki przy polu jest porośnięty pasem trzcin i dostępne są jedynie dwa miejsca do łowienia. Jeden wąski przesmyk, szeroki na mniej więcej 60-80 cm wystarczył jednak do wyholowania pierwszej nocy kilku ładnych ryb na dwie wędki oraz drugie, nieco szersze miejsce, jednak tu dobija zdecydowanie więcej kajaków.
W ostatnim wpisie przedstawiałem jezioro Dobre, na którym został wprowadzony całkowity zakaz nęcenia i niestety nie udało się złowić większej ryby. Na Brdzie zakazu nie ma, jednak nie wrzucałem wielkich kul zanęty do wody, a jedynie wypełniałem nią koszyk. W jednym z moich wpisów wspominałem też o własnoręcznie zrobionej zanęcie, którą wypróbowałem właśnie w tym miejscu. Moim głównym celem było złowienie ładnych leszczy, ale czy misja została wykonana?

Dotarliśmy w piątkowy wieczór i zanim ustawiliśmy prawidłowo przyczepę i rozstawiłem wędki, minęło trochę czasu i było już dość ciemno. Standardowo użyłem feedera, który był ustawiony przy wąskiem przesmyku w trzcinach oraz gruntówki. Miałem nielada zagwostkę z ustawieniem tej drugiej wędki, ponieważ trzciny rosły dość wysoko i już nie było miejsca na umieszczenie jej obok feedera. W końcu „postawiłem” ją na dwóch podpórkach pod kątem około 60-70 stopni z wykorzystaniem sygnalizatora i swingera. Dzięki temu plecionka była poprowadzona ponad trzciną, a system sygnalizacji brań w połączeniu z kołowrotkiem z wolnym biegiem działał idealnie. Mniej więcej pół godziny po umieszczeniu zestawów w wodzie, szczytówka feedera zaczęła się ruszać i wyholowałem leszcza ok. 40 cm. Zestawy były prawie identyczne, w koszyku moja zanęta, krótki przypon i na haku pinka lub białe robaki. Kiedy rozległ się dźwięk sygnalizatora przy gruntówce i nastąpiło zacięcie, wiedziałem, że na końcu znajduje się porządna ryba. Po kilku minutach udało mi się doprowadzić rybę do brzegu i byłem bardzo zdziwiony widząc węgorza o długości 90 cm i wadze ok 2 kg. Zdarzało mi się wcześniej złowić przedstawicieli tego gatunku na mały hak z białymi robakami, jednak były to zwykle osobniki nieprzekraczające 40cm. Taki przyłów to coś pięknego i życzę wszystkim wyholowania takiej ryby, kiedy się tego absolutnie nie spodziewacie 🙂

Oprócz tego okazu, udało się w nocy jednak wyciągnąć kilka leszczy, wiec zapowiadało się obiecująco.

Następnego ranka przenieśliśmy się 20 metrów bliżej tamy, gdzie własnie znajdowało się miejsce, w którym kajakarze dobijali do brzegu, licząc się z tym, że często będę musiał zwijać zestawy, żeby umożliwić wciągnięcie kajaków. Przyzwyczailiśmy się już chyba do deszczowej pogody na kempingu i dokładnie takiej doświadczyliśmy tego dnia. Chwilę padalo, chwilę było sucho i tak przez cały dzień. W momencie kiedy nic nie lało się z nieba, odzywały się sygnalizatory i leszcz lądował w podbieraku. Pod wieczór zaciąłem kolejną ładną sztukę i w tym momencie nastąpiło branie na drugiej wędce – delikatne, ale z całą pewnością coś zainteresowało się przynętą. W takich sytuacjach zawsze pojawia się znak zapytania i szukanie sposobu wybrnięcia z tej sytuacji. Ale przecież sam na rybach nie byłem. Mój synek podskoczył do feedera, zaciął i zaczął holować rybę. Człowiek o wzroście 1,17m trzyma wędkę o dłogości 3,3m. Ponieważ szło dość opornie, zablokował kij między nogami i dalej twardo pompował. Ja w tym czasie wyciągnąłem kilogramowego leszcza i zobaczyłem przy brzegu, co złowił synek. Okazało się, że jego leszcz miał ponad 40 cm i był największą rybą złowioną w jego życiu 🙂

Po wyciągnięciu tej sztuki w prawdzie bolały ręce, ale nie przeszkodziło to w tym, że każde kolejne branie na feederze było (skutecznie) zacięte i holowane przez mojego synka i tym sposobem kolejnych 5-6 leszczy podobnych rozmiarów podbierał świeżo mianowany pomocnik – tata. 🙂

Następny dzień minął bez brań nawet średnich ryb. Kilka małych płotek i okoni. W niedzielę ryby najwyraźniej też odpoczywają, więc nie miejmy im tego za złe. Sygnalizator brań zaczął szaleć dopiero po północy i po dłuższej walce z rybą i zaroślami , w podbieraku wylądował piękny lin, prawie 40 cm. Był to sygnał startowy do kolejnego dnia podbierania ładnych ryb.

Ostatni dzień wypadu upływa zwykle na pakowaniu, sprzątaniu i przygotowywaniu do przetransportowania domku na kółkach. Wędki obowiązkowo należy schować jako ostatnią rzecz tuż przed wyjazdem. Czasami uda się w ten sposób „wyhaczyć” jeszcze ładną rybkę. W tym wypadku dokładnie tak się też stało, ponieważ ostatni leszcz złowiony przed wyjazdem mierzył prawie 60 cm i ważył ok. 1,5 kg.

Łowiąc po raz pierwszy w nowym miejscu, zwykle nie spodziewam się oszałamiających wyników. Jednak mały zalew na Brdzie dostarczył nam bardzo dużo pozytywnych wrażeń w postaci przypadkowego węgorza (90cm), leszcza 1,5 kg, kilku kilogramowych sztuk i wielu ryb 40+. Przed przyjazdem starałem się znaleźć inforacje na temat rybostanu tej wody i większość osób wypowiadała się dość negatywnie. Leszcz o długości 45 cm miał być tu ewenementem. Pierwszego dnia podobne słowa usłyszałem z ust leśniczego, który pobierał opłaty za pobyt. Stwierdził, że wiele osób siedzi tu całe dnie i nie łowi absolutnie nic, albo samą drobnicę. Było to już po złowieniu przeze mnie kilku ładnych ryb, więc zacząłem się zastanawiać, czy moje wyniki nie są „szczęściem początkującego”. Siedziałem tu zaledwie cztery dni i nie jestem w stanie potwierdzić tych donosów. Ryb jest tu dużo i są to zarówno małe, średnie jak i całkiem duże okazy. Myślę, że każdy wędkarz będzie bardzo zadowolny z pobytu w tym miejscu. A nawet niekoniecznie tylko wędkarz. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że wrócimy tu wczesną jesienią i zobaczymy, czy opisany tutaj wypad to kompletny przypadek, czy może piękne ryby w otoczeniu wspaniałago krajobrazu to wizytówka tego miejsca, gdzie wypocznie cała rodzina i gdzie jest szansa zaszczepienia bakcyla naszemu „narybkowi” wędkarskiemu raz, a skutecznie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *