Kiekrz – tanie branie!

Browse By

Tuż przy Poznaniu znajduje się jezioro Kiekrz, zwane również Kierskim. Jest to ponad trzystu hektarowe jezioro o bardzo zróżnicowanym dnie. Głębokość dochodzi aż do 40 metrów. Akwen jest zarządzany przez Gospodarstwo Rybackie, co zwykle nie wróży przyzwoitego rybostanu. W internecie można znaleźć przeróżne opinie na temat tego akwenu jak i filmiki z zarybień w ostatnich latach i relację z wypuszczenia do jeziora suma o długości 230 cm, który wpadł w sieci podczas odłowów. Wydawałoby się, że coś tam jednak pływa w tej wodzie. Jak to zwykle bywa, nie dowiemy się, dopóki nie zamoczymy kija.

Początkowo chcieliśmy, standardowo, podpiąć przyczepę i ruszyć w drogę, jednak ciężko było znaleźć odpowiednie miejsce, ponieważ spora część brzegu jest niedostępna, ze względu na domki letniskowe i prywatne działki. Pośród tych wszystkich ogrodzonych terenów, znalazł się też skrawek ziemi na stanicę wędkarską PZW, w której dla osób opłacających składkę członkowską, nocleg wyceniony jest na 15 PLN za dobę w sezonie wysokim ( we wrześniu np. jest to kwota 11 złotych…)! Domki są wyposażone w podstawowe urządzenia jak lodówka, kuchenka, łóżka, szafy i stół z krzesłami. Niestety, nie ma tu już miejsca na wyposażenie premium typu toaleta i bieżąca woda. Te udogodnienia znajdują się w murowanym budynku tuż przy kwaterach. Prawda jest taka, że za taką kwotę na większości pól namiotowych nie rozbijemy nawet namiotu, nie mówiąc już o korzystaniu z prądu. Stwierdziliśmy, że zobaczymy co nas tam czeka i przyczepę tym razem zostawiliśmy w domu (wspomniany namiot, materac i całą resztę potrzebną do biwakowania wrzuciliśmy przezornie do bagażnika). Przed wyjazdem jeszcze kontrolny telefon do opiekuna stanicy, czy jest miejsce i czy są ryby i w drogę! Nawiasem mówiąc, odpowiedź „Ryby są, tylko trzeba umieć je złowić” jest jedną z lepszych, żeby zachęcić zapalonego wędkarza do wizyty.

Na miejscu zastaliśmy domki z lat osiemdziesiątych i dokładnie takich się spodziewaliśmy. Nie nastawialiśmy się na luksus, ale zaskoczyło nas to, że w opłacie za nocleg była uwzględniona pościel.

Po zakwaterowaniu przyszedł czas na łowienie. Na terenie stanicy jest, niestety, tylko jedno miejsce do łowienia z brzegu, gdzie zmieści się dwóch wędkarzy. Na szczęście nie było zajęte, więc mogłem zaczynać. Własnej, ciężkiej produkcji zanęta znalazła się w koszyczku na feederze i gruntówce, a na hak trafiły na początek białe robaki i kukurydza. Było już dość późno i zaczęło się ściemniać, więc planowałem zmienić zestawy z leszczowych na węgorza/suma. No, skoro taki był plan, to trzeba go wykonać. Zestawy z wątróbką i rosówkami w wodzie, kawa gorąca, krzesełka ustawione w najlepszym możliwym miejscu, nowe baterie w sygnalizatorach, podbierak już rozłożony i w pełnej gotowości bojowej. Czekamy.

Wciąż czekamy…

Jeszcze trochę czekamy…

I właśnie w momencie, w którym wstawałem z krzesełka, żeby stanąć przy wędce, wylałem kawę. Nic nie szkodzi, bo po tylu godzinach czekania i tak już była lodowata, a przy wędce tak czy inaczej stanąłem, żeby wyłączyć sygnalizator i zwinąć cały sprzęt. Pora na sen.

Po porządnej porcji snu i śniadaniu, wypadało ponownie wrócić do łowienia. Wyciągnąłem wnioski z poprzedniej nocy bez żadnej ryby i uznałem rozłożenie podbieraka przed zarzuceniem wędek za absolutnie zbędny wysiłek. Niestety tuż po prawidłowym ustawieniu feedera nastąpiło branie, więc do holu średniego leszcza doszły akrobacje związane z wyciągnięciem podbieraka z torby wędkarskiej i jego rozłożeniem. Szczęśliwie udało się połączyć te dwie czynności i leszcz wylądował w moich dłoniach.

Przeszło mi przez myśl, że może jednak ten dzień nie będzie wyglądał jak ostatnia noc…

Feeder ponownie ustawiony i czekamy.

Dalej czekamy…

Czekamy…

Przeszło mi wtedy przez myśl, że ten dzień będzie wyglądał dokładnie tak jak ostatnia noc…

Po kolejnej chwili bez brania, z pomocą przyszła żona z parzonym pęczakiem, który trafił do wiadra z zanętą. Kiedy kilka kul trafiło do wody, szczytówka feedera zaczęła się wyginać, a żyłka wysnuwała się z kołowrotka. Czułem, że ryba na haku nie jest duża, ale za to bardzo waleczna. Chwilę później w podbieraku wylądował piękny mały lin. Uśmiech samoczynnie wkradł się na moją twarz i po szybkim zdjęciu rybka trafiła do wody. No, czyżby karty się odwróciły?

Kilka minut później nastąpiło kolejne branie – płoć 35 cm i już wiedziałem, że to będzie udany dzień, a może też i noc, która powoli się zbliżała. Nie ukrywam, że moim głównym celem po zachodzie słońca, są węgorze i sumy, jednak ostatnia noc bez ryby i następny dzień z braniami białej ryby trochę wymusiły na mnie pozostanie przy feederze i dwóch zestawach z białymi robakami i kukurydzą. Wygrał więc rozsądek po przeanalizowaniu poprzednich połowów.

No ale jak tu podtrzymać takie podejście, kiedy z całego serca chce się złowić drapieżnika i na domiar wszystkiego po potężnym braniu i dłuższym holu w podbieraku ląduje węgorz 60 cm, który połakomił się na kukurydze i małego robaczka. Po kilku minutach wewnętrznych rozterek i rozmów prowadzonych z samym sobą, jeden zestaw ustąpił miejsca, w moim przekonaniu, istnej „Wunderwaffe” na węgorza. Jak się okazało, było to jedynie moje zdanie i żaden przedstawiciel tego gatunku nie chciał mi tej nocy przyznać racji.

Co nie zmienia faktu, że feeder wciąż polował na białe potwory z jeziora i nie czekałem długo na branie. Po krótkiej chwili następny leszczyk radośnie skakał w podbieraku. Od tej pory wzrosła częstotliwość rozbłysku diod na sygnalizatorze i kolejne ryby radośnie szamotały się na mój widok. Co do wspomnianych potworów, to feeder chyba wiedział, że nie przetrwa starcia z potężnym przeciwnikiem i w pełni świadomie wybierał sobie te mniejsze ryby. Niemniej jednak, średnio co 15-20 minut wyciągałem przyzwoite sztuki i kilka ładnych zerwało się podczas holu przez gęstą roślinność wodną. Z takimi stratami niestety trzeba się liczyć, jeżeli decydujemy się na wędkowanie w takim miejscu. Z upływem czasu do wspomnianych leszczy dołączyły też płocie i wzdręgi, a takie łowienie to czysta przyjemność, nawet bez bicia swoich rekordów.

W pewnym momencie nastąpiła długa cisza i przez około 30-40 minut nic się nie działo. Było już bardzo późno, więc stwierdziłem, że to całkiem dobra pora na zakończenie dzisiejszej przygody. Ponieważ zwykle najlepsze efekty w łowieniu miałem umieszczając zestaw na pograniczu roślinności i czystego dna, to właśnie taką taktykę obrałem. Jeżeli nie używa się w tym celu markera, to zdarza się, że przy niedokładnym wyrzucie cały zestaw ugrzęźnie w zielsku i wtedy ciężko o branie. Dokładnie tak się stało, więc zamiast wszystko zwinąć, poprawiłem swój błąd i w dalszym ciągu cieszyłem się wyciąganymi rybami.

Dopiero po kilku następnych zdobyczach dotarło do mnie, że robi się jasno, a ja wciąż siedzę. Jak tylko to zauważyłem i rzeczywiście nadszedł świt, stanica zaczęła tętnić życiem. Opisując wcześniej ten teren, nie wspomniałem o licznych pomostach i kilkudziesięciu łódkach do nich przycumowanych. Pierwsza dwójka wędkarzy bez pośpiechu załadowała swoją łódkę sprzętem i ruszyła na wodę. Jak tylko odpłynęli, pojawiła się następna ekipa, która z najwyższą starannością przygotowywała się do połowu z łodzi. W tym czasie zjawiło się trzech wędkarzy, którzy biegając kilka razy między pomostem a samochodem, dosłownie wrzucali sprzęt do łodzi i widocznie bardzo się spieszyli, ponieważ dwóch z nich, silnik mocowało dopiero po tym, jak łódź już była w ruchu, a trzeci ich wyprzedził siłą własnych ramion, wiosłując tak szybko, że aż się „kurzyło”.

Byłem bardzo zdziwiony widząc jeszcze 4-5 ekip wypływających na jezioro. Ja wciąż siedziałem na moim krzesełku i wyciągałem kolejne rybki. Niestety o godzinie 11 już oczy mi się zamykały i musiałem posprzątać swoje zabawki i iść spać.

Po moim przebudzeniu łodzie zaczęły spływać do stanicy i każda z ekip miała pełne wiadra ryb. Niektóre leszcze (około 1,5 kg), inni okonie, jeszcze inni komplet szczupaków lub sandaczy. Nikt nie wrócił o kiju i wszyscy mogli się pochwalić całkiem ładnymi wynikami. Nie ma chyba lepszego potwierdzenia dobrego rybostanu wody, i to pomimo regularnych odłowów gospodarza. Po kilku pogawędkach poznałem niektóre ciekawe miejscówki do łowienia z łódki i wróciłem do łowienia z brzegu 🙂

Ponieważ trochę spałem, to nie zostało już wiele czasu na łowienie w dzień. Okazało się, że sen był lepiej spożytkowanym czasem, ponieważ brań nie było. Nie dałem jednak za wygraną i zacząłem kombinować z zestawami. Wyszło na to, że kiedy dowiązałem przypon o długości około 1,5 metra, płocie rzucały się na przynętę w opadzie. Były to sztuki od 20 do 30 cm, więc bez szału, ale za to brały 🙂

Pod wieczór coś się ruszyło i pozostałem przy dwóch zestawach na białą rybę. Gorąca kawka o zachodzie słońca dodaje sił na kolejną noc łowienia z rzędu, więc z przyjemnością wpatruję się w sygnalizatory, które od czasu do czasu zrywają mnie z krzesła i zachęcają do poderwania wędki. Co chwilę wpadają różnych rozmiarów leszcze i tuż po północy, kiedy brania słabną, zaczynam myśleć o zakończeniu tego wypadu, ponieważ następnego dnia trzeba wyruszyć w drogę powrotną. Zaniosłem część sprzętu do domku i wróciłem na wygodny fotel

Kiedy tak się biję z myślami czy i kiedy ostatecznie się zbierać, widzę jak wygina się szczytówka feedera a sygnalizator szaleje. Podrywam się, zacinam i ryba siedzi. Czuję, że jest to coś większego, jednak nie walczy i daje się prowadzić bez większego wysiłku. Wydaje się, że to kolejny, nieco większy leszcz – tu trochę szarpnie, tam trochę przystanie, ale sprawia wrażenie bardziej kłody, niż ryby. Podbierak już przygotowany i w świetle latarki w końcu widzę tę leniwą rybę – nie leszcz, a karp. Piękny karp, na oko i wędkę w granicach 2-3 kg. Kiedy zdziwiony wypowiedziałem słowa „O! To karp!”, ten chyba postanowił, że nie lubi być fotografowanym i rzucił się do ucieczki. Niestety mój refleks okazał się być słabszy od instynktu ryby, a przypon dużo słabszy od jej temperamentu. Byłem świadomy, że przypon o wytrzymałości do 2,5 kg i w dodatku w użyciu już od jakiegoś czasu, może nie być w stanie samodzielnie wyhamować odjazdu tej ryby, więc w momencie kiedy karp zaczął rajd, moja dłoń popędziła w stronę hamulca kołowrotka. Niestety ryba była szybsza, a ja nawet jeszcze nie sięgnąłem młynka, kiedy przypon pękł i moja niedoszła zdobycz pomachała mi ogonem na pożegnanie.

Szkoda!

Żałuję, że nie poluzowałem hamulca wcześniej. Żałuję oczywiście, że nie wyciągnąłem tej ryby. Żałuję, że nie będę w stanie umieścić pod tym tekstem zdjęcia. Wiele w tym momencie żałowałem, ale żywo się wściekłem dopiero kiedy przypomniałem sobie, że miałem się zbierać i wyniosłem część sprzętu już do domku! Oczywiście wraz z żyłką na przypony i haczykami. Znacie to uczucie? 🙂

No nic, nici ze zbierania się. Pędzę do domku, wiążę przypon i wracam zarzucić wędkę. Niestety, już żadnego brania nie było. Z całego serca wierzę jednak, że gdybym nie odniósł tego sprzętu wcześniej, to ten karp nie połakomiłby się na moją kukurydzę, a z drugiej strony, gdybym po zerwaniu haczyka zwinął wędkę i zakończył połowy, to nie był bym w stanie zasnąć myśląc o tym, że powinienem być teraz nad wodą i czekać na następne branie.

Wyobrażam sobie, że większość z was już kiedyś stała przed podobnym dylematem i chętnie poznam wędkarza, który w takiej sytuacji po dłuższym namyśle nie zdecydował się na: „Aaa tam, jeszcze chwilkę!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *