Dziadek powtarzał: „A nad Koronowskim …”

Browse By

Zalew Koronowski od wielu lat kojarzył mi się ze zbiornikiem, który starsze pokolenie wędkarzy wspominało jako istne El-Dorado moczykijów. Opowieści o rekordowych rybach różnych gatunków i nieustających braniach były przytaczane w wędkarskiej prasie i przekazywane z dziadka na wnuka. Słuchając relacji również od dziadka, te najciekawsze z nich z monstrualnymi okazami w roli głównej zaczynały się zwykle  od słów „A nad jeziorem Koronowskim…”

Kiedy więc w końcu nastąpił dzień, w którym mieliśmy się wybrać właśnie nad ten akwen, byłem tak podekscytowany, że współczesne opinie z internetu, które czytałem, wprawdzie docierały za pomocą moich oczu gdzieś do głowy, ale z całą pewnością nie były w żadnym stopniu przetwarzane przez mózg. Patrząc teraz ponownie na to, co możemy przeczytać na różnych forach, zastanawiam się jakim cudem tam się w ogóle wybraliśmy.

Czy jednak wypad był rzeczywiście nieudany?

Zawsze powtarzam, że dopóki nie zarzucę zestawu, to nie będę wiedział co się dzieje pod wodą. Podzielę się tym, czego się dowiedziałem nad Zalewem i oczywiście tym, co tam złowiłem.

W 2017 roku zezwolenie można było wykupić jeszcze on-line, więc nie musiałem szukać dzierżawcy dopiero nad wodą. Żeby się dowiedzieć gdzie obecnie można nabyć zezwolenie, zapraszam do skorzystania z naszej bazy.

Planując wyjazd, ucieszył nas fakt, że przy zbiorniku znajduje się „miejskie” pole biwakowe. Można tu przyjechać, rozbić namiot lub stanąć z przyczepą i nie ponosimy za to żadnych opłat. Oczywiście nie ma prądu, ani toalet, ale przynajmniej miejsce na postój się znajdzie. Na przeciwległym brzegu oraz dookoła wody znajduje się również całkiem przyzwoita liczba płatnych pól namiotowych ze wszystkimi udogodnieniami, dla bardziej wymagających. 🙂
Dotarliśmy w nocy i Zalew prezentował się niesamowicie w świetle księżyca. Ponownie internetowe doniesienia o bezrybiu, które od chwili wyjazdu błąkały się po mojej głowie (wciąż poza obszarem mózgu), nagle zawirowały i wyparowały, ustępując opowieściom sprzed lat. Chciałem już tylko przygotować sprzęt i zacząć łowić. Warowałem przy wędkach kilka godzin i kompletnie nic się nie wydarzyło, więc poszedłem spać.

Rano zobaczyliśmy zbiornik w całej okazałości i widok był naprawdę przyjemny. Od samego rana rozpoczął się pokaz umiejętności akrobatycznych z najwyższej jakości efektami dźwiękowymi. Bolenie wyruszyły na żer.
Co chwilę widzieliśmy te ryby, wyskakujące z wody dosłownie wszędzie. Po dłuższej chwili ich aktywność trochę spadła i zarzuciłem zestawy na grunt. Przez większość dnia niewiele się działo, pomijając delikatne brania raz na jakiś czas na feedera, ze dwie małe płotki i niewielkiego leszcza. Zalew Koronowski był w tym okresie mocno zarośnięty, więc wyciągnięcie ryby przez zarośla często kończyło się przegraną. Zamieniłem gruntówkę na bata i sporadycznie trafiła się drobnica.

Kiedy popołudniu ponownie zaczęły szaleć bolenie, nie mogłem się powstrzymać i porzuciłem stacjonarne metody połowu, żeby zająć się starym dobry spinningiem. Niestety bez żadnych efektów.

W nocy w dalszym ciągu panowała cisza i spokój. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła i stwierdziliśmy, że czas się przenieść trochę dalej w stronę kanału doprowadzającego wodę do elektrowni. W momencie otwierania śluzy, nurt był tak wartki, że zestaw z 80-cio gramowym ciężarkiem wędrował sobie spokojnie z prądem i nic nie było w stanie go powstrzymać. Jednak w okresach, kiedy nie była pobierana woda, co chwilę coś skubało i na haczyku wieszał się niewielki leszczyk.

Był to bardzo ciekawy sposób wędkowania, ponieważ tak się złożyło, że śluza była otwierana co pół godzin, więc musiałem dość żwawo reagować, żeby zestawy się nie splątały. Ale mimo wszystko coś tam udało się złowić.

Ostatecznie uznałem, że mniejsze ryby znacznie przyjemniej łowi się na bata, a i nurt nie przeszkadza, ponieważ zestaw można przytrzymać w miejscu. Lekki spławik, skrócony zestaw z malutkim haczykiem z wijącą się nań świeżą pinką w trzech odcieniach – za taką kompozycję należała mi się co najmniej jedna gwiazdka Michelin i wyróżnienie na pierwszej stronie kulinarnych gazet!

Ryby chyba podzieliły mój entuzjazm, ponieważ brania zaczęły być bardzo intensywne i ciąłem jedną sztuę za drugą. Leszcze, płocie, wzdręgi i okonie – były małe, ale za to zabawa świetna. Pewna wzdręga nawet poczuła w sobie siłę pstrąga i wyskoczyła za pinką z wody atakując wyciągany z wody zestaw. Brania ustały dopiero, kiedy przestałem łowić.

Jeżeli chodzi o Zalew Koronowski, to słyszałem również wiele opowieści o licznej populacji suma, więc nocami nie mogłem się powstrzymać i musiałem wyciągnąć ciężki sprzęt z bardzo nieświeżo pachnącą wątróbką na haku. Niestety doświadczyłem tylko jednego, za to całkiem ładnego brania, którego nie udało mi się wykorzystać i nawet nie poczułem ryby na wędce. Na domiar złego miało to miejsce ostatniej nocy, kiedy już chciałem zwijać zestawy i zakończyć połów.

Ostatnie kilka godzin przed wyjazdem spędziłem ponownie łowiąc na bata, a ponieważ była to niedziela, zebrało się sporo wędkarzy. Jeden z nich był stałym bywalcem, łowiącym tu od ponad dwudziestu lat. Ponownie usłyszałem opowieści o latach świetności Zalewu – o rybach, które łamały kije, o leszczach „łopatach” i płociach długości przedramienia. Jednak w pewnym momencie rozmowa zeszła na obecny stan wody i według przekonania starszego kolegi, nowy dzierżawca nie do końca dba o zdrową populację gatunków. Odłowy są prowadzone na masową skalę, a w zamian za wyłowione osobniki wpuszczane są wspomniane przeze mnie na początku tekstu bolenie. Rzekomo, żeby sprawić wrażenie niesamowicie rybnego zbiornika, w celu przyciągnięcia wędkarzy, którzy zapłacą za zezwolenie. Czy to prawda? Nie jestem w stanie tego potwierdzić, ale takie głosy słyszałem na miejscu również od innych moczykijów.

Czy zachęciłem was do odwiedzenia tego zbiornika?

Jak już wspominałem, zawsze wychodzę z założenia, że jeżeli nie zacznę łowić, to nie będę wiedział co w danej wodzie piszczy. Byłem w Koronowie pierwszy raz w życiu, na kilka dni, a udało mi się złowić sporą ilość ryb. Oczywiście drobnych, ale łowiąc na bata nawet małe sztuki dostarczają emocji. Jedno ładne branie miałem też na zestaw z dużym kawałkiem wątróbki, więc coś w tej wodzie siedzi i moim zdaniem warto tu przyjechać. Z całą pewnością jest tu też bardzo dużo bolenia, co oznacza, że jest spore prawdopodobieństwo złowienia któregoś z nich.

Nauczyłem się nie przekreślać jakiegoś zbiornika tylko dlatego, że akurat podczas mojego pobytu nie udało mi się złowić żadnego okazu. Zakładam, że kiedyś tu wrócę i może … może przy odrobinie szczęścia, jeżeli bolenie nie wyjedzą całej drobnicy i sieci dzierżawcy nie zbiorą wszystkiego co pozostało, uda mi się złowić wymarzoną rybę. 🙂

One thought on “Dziadek powtarzał: „A nad Koronowskim …””

  1. Yeti says:

    Wszystko co napisane to szczera prawda zalew został zniszczony!!!! Serce pęka jak tak piękne zbbiorniki zostają praktycznie doszczętnie ogołocone z ryb .Chciwosc ludzka nie zna granic.A najgorsze w tym wszystkim jest to że dzierżawca pozostaje bezkarny!!!I żadne urzędy pomimo masy donosow nie próbują usunąć obecnego dzierżawcy!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *