Zalewy Nadarzyckie – metoda na ryby

Browse By

Po kilku dniach bez ryby, nad jeziorem Wierzchowskim, które według Internetu miało być istnym El-Dorado, a faktycznie nie przyniosło nawet brania, nie wspominając już o jakiejkolwiek rybie, człowiek dość sceptycznie podchodzi do tematu kolejnego „super-akwenu”.

Niemniej jednak, chcąc wytypować kolejną miejscówkę, musimy się czymś sugerować. Krótkie szperanie na różnych stronach www zaowocowało wyborem Zalewów Nadarzyckich na kolejne miejsce postoju. Rozczarowanie ostatnimi dniami wędkowania spowodowało, że nie gnaliśmy nad tę wodę jak szaleni, pełni nadziei i głodu obfitego połowu. Po dłuższym czasie jednak udało się dotrzeć na miejsce.

Sam zalew jest bardzo malowniczy, linia brzegowa urozmaicona sięgająca niespełna 20 kilometrów długości, 200 hektarów lustra wody, liczne pomosty i baza wędkarska.
No właśnie – baza wędkarska z polem kempingowym. Niestety na miejscu okazało się, że ów baza jest w zasadzie przystosowana do wędkowania z łodzi, gdyż nad wodę prowadziły strome zbocza, które były zakończone pomostami z przycumowanymi łódkami. Samo łowienie na grunt z takiego pomostu wiązałoby się niestety z częstym ściąganiem zestawów, żeby umożliwić start lub powrót pływających kolegów po kiju.
Przy bazie znajduje się też dość duża plaża, gdzie można łowić, jednak nie można tam postawić przyczepy, co oznacza wędrówki ze sprzętem przez znaczne odległości. Biorąc dodatkowo pod uwagę, że jest to plaża ogólnodostępna oraz że była to końcówka wakacji, może to sugerować sporą liczbę osób chcących się schłodzić w wodzie. Nie przekonała mnie również ta miejscówka.

Na domiar złego okienko, w którym można było wykupić zezwolenie, było przez dłuższą chwilę „chwilowo nieczynne”. Tu na szczęście pomógł Internet i uiszczenie opłaty bezpośrednio na rachunek bankowy Towarzystwa Przyjaciół Piławy, które zarządza tym akwenem. Stawka, na szczęście, nie jest mocno wygórowana i w ofercie jest sporo możliwych kombinacji wykupu zezwolenia.

W okolicy nie ma innych pól namiotowych, stanic, dzikich miejsc kempingowych. W bezpośrednim sąsiedztwie są jednak parkingi leśne, gdzie zgodnie z regulaminem, można przebywać z przyczepą kempingową / kamperem do 24h, a po uzyskaniu zgody od leśnictwa nawet dłużej. Z takiego właśnie parkingu i uprzejmości leśniczego skorzystaliśmy, gdyż po szalonej przygodzie nad Wierzchowem nie byliśmy pewni jak długo zostaniemy w Nadarzycach.

Podczas przygotowań do łowienia z pomostu, które tutaj również są ogólnodostępne, rozmawiałem z wędkarzem, który był z okolicy. Dowiedziałem się, że występuje tu praktycznie każdy gatunek ryby, który w Polsce możemy złowić. Kolega podzielił się opowieścią o trzech pokaźnych linach złowionych tydzień wcześniej i szczęście chciało, że zanim udało mi się rozstawić cały sprzęt, ten właśnie wędkarz miał potężne branie i wyholował lina o długości ok. 40 cm.

Moje oczy się zaświeciły a uśmiech ponownie zawitał na twarzy. Przystąpiłem do przygotowania zanęty.

Ponieważ planowałem łowić jedną wędką na tzw. method feeder, a drugą klasycznym koszykiem, musiałem przygotować dwa rodzaje zanęty.

W dużym wiadrze znalazła się moja mieszanka zmielonych ziaren, którą wzbogaciłem melasą, kukurydzą konserwową, madami i „szczyptą” atraktora leszczowego. Rozwodniona odpowiednio melasa w większości przypadków wystarcza do uzyskania odpowiedniej konsystencji zanęty. Cała mieszanka powinna jednak odstać minimum 15-20 minut, żeby składniki się dobrze połączyły i nabrały wilgoci. Gdy po tym czasie się okaże, że zanęta jest zbyt sypka, wystarczy ją dowilżyć wodą i można zaczynać.

Wytypowałem wcześniej miejsce z niewielkim uskokiem i mniej więcej w tym rejonie umieściłem 6-7 kul wielkości mandarynki przy pomocy zwykłej procy wędkarskiej. Nie używam markera, więc moje łowienie nie jest absolutnie precyzyjne, jednak w większości przypadków to wystarcza do uzyskania rozsądnych efektów.

Dodatkowa porcja zanęty trafiła do dużego koszyczka, przymocowanego do rurki antysplątaniowej umieszczonej na plecionce o średnicy 0,14. Za krętlikiem umieściłem przypon z plecionki 0,1 zakończony haczykiem nr 12 z wijącymi się czterema tłustymi madami. Robaki staram się nabijać praktycznie za samą skórkę, co powoduje, że dłużej pozostają żywe i bardziej się ruszają.

Łowiłem z pomostu, więc najwygodniej byłoby użyć rod poda, aby dwie wędki mogły bez problemu czekać a branie, przeważnie jednak taki sprzęt się nie sprawdza, kiedy łowię na zwykłą gruntówkę i feedera jednocześnie, ze względu na wymagany kąt przy łowieniu na drgającą szczytówkę.

W związku z tym wykorzystałem szczeliny między deskami pomostu do umieszczenia tam zwykłych podpórek z sygnalizatorem brań.

Kiedy pierwsza wędka już czekała na kontakt z rybą, zabrałem się za przygotowanie mieszanki do drugiej wędki. Method feederem łowię stosunkowo niedługo, więc nie przygotowuję własnej zanęty, a zdaje się na gotowe rozwiązania lub mikropellet. Biorąc pod uwagę moje dotychczasowe doświadczenia oraz wyniki, stosuję głównie produkty firmy Aquastar. Te kompozycje pachną niesamowicie intensywnie i bardzo łatwo można regulować czas wypłukiwania się zanęty. Wystarczy wypróbować różne stopnie nawilżenia. W tym konkretnym przypadku użyłem zanęty lin-karaś (marcepanowa nuta zapachowa) oraz lucyfer green, gdzie wyraźnie można wyczuć marcepan i migdały, więc dwie podobne, ale różne zanęty.

Początkowo do metody używałem standardowych koszyczków z żeberkami, jednak nie jestem fanem ogromnych rozmiarów koszyczka, a przy mniejszych wariantach, umieszczenie nawet drobnej kulki proteinowej stanowi wyzwanie. W związku z tym przerzuciłem się na produkt „Aperio” firmy Mikado. Są to wyprofilowane koszyczki bez żeber, które mimo tego bardzo dobrze trzymają zanętę. Kulki proteinowe również nie wbijają się w koszyk, przez co są uwalniane po krótkim czasie w wodzie. Koszyczki są skonstruowane do łowienia zestawem na sztywno, dają jednak możliwość łowienia przelotowo po wyciągnięciu gumowego łącznika-stopera, co jest bardzo wygodne, jeżeli nie siedzimy bezpośrednio przy wędce i używamy kołowrotka z wolnym biegiem szpuli. Do krętlika, znajdującego się we wspomnianym wcześniej gumowym elemencie, doczepiam przypon o długości 5 do 10 centymetrów. Przypony przygotowuję wcześniej w domu z zawiązaną pętlą na jednym końcu, co niezwykle ułatwia użycie odpowiedniego zestawu nad wodą.

Do method feedera mam przygotowane trzy rodzaje przyponów. Pierwszy zakończony jest zwykłym haczykiem nr 12—16 bez żadnych dodatków. Drugi to haczyk z włosem, umożliwiający łowienie na kulki proteinowe oraz wiele sztucznych przynęt, blokowanych stoperem. Ostatni typ przyponu to hak zakończony włosem wzbogacony o kółeczko silikonowe, które umożliwia łowienie na dumbellsy. Jak jedna przynęta nie przynosi efektów, można bardzo szybko zmienić przypon na inny, umożliwiający wykorzystanie innego wabika. Do przygotowania tych zestawów polecam żyłkę przyponową Steelon Tournament firmy Konger. Jest bardzo sztywna, przez co mogę poluzować mocowanie pętelki na krętliku samymi palcami.

Zwykle zakładam ziarenko kukurydzy konserwowej i ziarenko sztucznej, pływającej. Całość moczę kilka chwil w dipie przygotowanym specjalnie pod kubki smakowe lina. Dip należy porządnie wymieszać przed użyciem, ponieważ składniki rozwarstwiają się, gdy produkt stoi i są w stanie rozpuścić przypon.

Tym razem jednak zacząłem od zwykłego haczyka z dzikunami, żeby zobaczyć która zanęta będzie bardziej skuteczna.

Feeder również ustawiony na podpórkach, z umieszczonym sygnalizatorem brań za szczytówką, który pomaga szczególnie podczas nocnego łowienia.

Kiedy wszystko już jest gotowe, można spokojnie usiąść i poczekać na branie. Jeżeli jednak nic się nie dzieje, to warto się wybrać do przyczepy po kawę. Jeżeli są ryby i coś ma wziąć, to jest to właśnie ten moment. Kiedy jestem już w przyczepie lub wracam powoli z kawą, niesamowicie uważając, żeby jej nie wylać. Wtedy przeważnie rozbrzmiewa dźwięk sygnalizatora i niezgrabnie imitując bieg, dostaję się w pobliże wędki, odstawiam kubek z kawą i szykuję się do zacięcia. Tuż po odstawieniu kubka, ryba przestaje się interesować przynętą i już nie ma co zacinać.

Można w takim wypadku usiąść na krzesełku, starać się wziąć łyka kawy, której została mniej więcej połowa i zanim kubek dosięgnie ust, ponownie trzeba go odstawić, żeby poderwać wędkę, na której widać ewidentne branie. Jeżeli dzień jest udany, to zanim pierwszy raz sprawdzimy, czy kawa nam smakuje, ta już będzie zimna, albo zostanie już tylko łyk w kubku.

Tego dnia kawę wypiłem letnią…

W prawdzie nastawiałem się na leszcze, jednak pierwsze kilka ryb wyciągniętych na feedera, to były płocie w przeróżnych rozmiarach. Od 10 do prawie 30cm. Wyciągając kilka ryb pod rząd już byłem usatysfakcjonowany wyborem łowiska i szykowałem się powoli do pierwszej nocki. W tym wypadku oznaczało to w zasadzie odpowiednie ułożenie wszystkich pudełek, wiaderek, robaków, szmatek, pokrowców, podbieraków i miliona innych niezbędnych, a jednak zbędnych, akcesoriów w taki sposób, żeby się o nie nie potknąć po zmierzchu i nie wylądować w wodzie. Znając moje szczęście, to w momencie, kiedy próbowałbym się wydostać z wody nastąpiłoby branie życia i zanim zdążyłbym dotrzeć do wędki, ryba już dawno by się zerwała. Takie przegapione brania nie są mi potrzebne, więc wolę troszeczkę utorować sobie przejście między wędkami.

W nocy wreszcie w łowisko weszły pożądane leszcze i zgodnie z oczekiwaniami atakowały mady na końcu zestawu ze standardowym koszyczkiem zanętowym. Były to jednak dość małe sztuki, ale już coś się działo. Te średniej wielkości leszcze zaczęły wieszać się, już mniej oczekiwanie, na końcu feedera, który był wycelowany w liny.

W każdym razie, nocka również byłą całkiem udana, lecz zmęczenie w końcu zwyciężyło i w miarę szybko poszedłem spać.

Następnego dnia przesunąłem się trochę na bok, schodząc z pomostu i ustawiając się na stałym lądzie. Początkowo ponownie witaliśmy płocie, ale ok. godziny 12:00 zameldował się pierwszy lin. Oczywiście nie na feederze, który go zapraszał na przekąskę. Nieee, wybrał wędkę, która czekała cały czas na leszcza. Rybka była niewielka, ok. 30-35 cm, ale cieszyła.

Następnie wpadały wzdręgi i ponownie płocie. Po obiedzie, tuż przed 16:00 szczytówka feedera wyprostowała się, a żyłka opadła na taflę wody. Żadnego więcej ruchu. Podciągnąłem więc zestaw, aż szczytówka ponownie się wygięła. Minutę później ponownie żyłka się poluzowała. Zaciąłem, poczułem lekki opór i koniec. Zakładałem, że ryba wypluła haczyk. W rzeczywistości jednak płynęła zwyczajnie w stronę brzegu, żeby tuż przy mecie zawrócić i ruszyć w drugą stronę. Po krótkiej walce okoń o długości 39cm wylądował w podbieraku. Całkiem ładny okonek na 4 dzikuny z gruntu. Rewelacja!

W nocy niestety nic konkretnego w podbieraku nie wylądowało, co nie znaczy, że drobnicy nie było. 😊

Ostatni dzień łowienia rozpoczął się od mieszanki:

wzdręg o różnych rozmiarach

średnich leszczy

płoci, a nawet uklejek

Padł również upragniony lin o długości równo 40 cm

Porównując poprzednie doby, w oczekiwaniu na branie nad jeziorem Wierzchowskim, z dniami spędzonymi w Nadarzycach, śmiało mogę stwierdzić, że przyjazd tu był świetnym wyborem i zdecydowanie warto tu zawitać. Mnogość gatunków, ich liczba występowania i rozmiary to wspaniała kompozycja na wędkarski wypad. Polecam każdemu, kto będzie miał okazję,  odwiedzić to miejsce, a tym, którzy okazji nie mają, polecam zrobić wszystko, aby takową stworzyć. 😊

A może ktoś z Was ma jakiś inny rybny akwen, nad który mógłbym się wybrać i przekonać się na własnej skórze jakie rybki tam pływają?

One thought on “Zalewy Nadarzyckie – metoda na ryby”

  1. weronika says:

    Świetne miejsce

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *