Jezioro Drzęczno i jesteś „przestępcą”

Browse By

Biwakowanie, czy to w namiocie, przyczepie kempingowej lub kamperze, zawsze zaczyna się od podstawowego pytania – „gdzie”?

Mamy w naszym kraju piękne, prywatne pola namiotowe, z bieżącą wodą, prądem, sanitariatami, a nawet basenami i aquaparkami. Mamy też miejsca biwakowe przygotowane przez nadleśnictwa, gminy, samorządy, o niższych standardach, ale za to bardziej kameralne i mniej zatłoczone. Istnieją też miejscówki bliżej niekreślone jako biwakowe, gdzie jednak rozbicie swojego obozu jest akceptowane przez wszystkich włodarzy i mieszkańców. Zdarzają się jednak też miejsca, gdzie nie do końca wiadomo, czy się zatrzymać można, czy też nie.

W każdym razie znaleźliśmy informacje w internecie na temat bezpłatnego miejsca biwakowego nad jeziorem Drzęczno w województwie pomorskim, niedaleko Olpucha. Zaznaczone na mapie, potwierdzone na wielu forach i chwalone za walory krajobrazowe i spokój. No to w drogę…

Na miejscu zastaliśmy dość duży plac wśród drzew, bezpośrednio nad wodą. Były też stoliczki, ławki, miejsca na ognisko i trzy inne ekipy (kamper, przyczepa i namiot).

Świetnie.

Kilka telefonów, żeby dotrzeć do właściciela jeziora i ustalić warunki łowienia i zostajemy na 3 dni.

Wędki przygotowane, zestawy w wodzie i czekam na branie. Niestety bez brań. Czas oczekiwania umiliło nam ognisko, kiełbaski i pozostałe ekipy spotkane na miejscu.

Następnego dnia z rana postanowiłem zmienić metodę na spławikową i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Płocie, leszcze i okonie wieszały się na haczyku w zawrotnym tempie. Nie były to duże ryby, ale zabawa była świetna. Kiedy podpłynął właściciel, żeby zebrać pieniądze za wędkowanie, dowiedziałem się, w których miejscach szukać jakich ryb i na co najchętniej biorą. Niestety podkreślił też, że obecnie ciężko o większą rybę, ponieważ podobno nie żeruje. Jednak nie szczędził słów na temat wielkich ryb, pływających w tym jeziorze, zarówno drapieżnych, jak i spokojnego żeru. Z jednej strony oczywiście marketing, z drugiej jednak trochę rozpala wyobraźnie i powoduje, że człowiek już chce przestać gadać i wrócić do łowienia. 😊

Na wyobraźni niestety się skończyło, a drobne ryby jak brały wcześniej, tak też kontynuowały radosny żer. Nie jestem w stanie zliczyć złowionych ryb, ponieważ naprawdę brały jak szalone.

W każdym razie, wystarczyła mieszanka zanęt z dodatkiem kukurydzy i pinki, żeby utrzymać ryby w łowisku przez bardzo długi czas. Kilka małych kul na początek łowienia, później systematyczne donęcanie co pół godziny 1-2 kulkami wielkości mandarynki i wystarczy.

Ze względu na kilka dobrych metrów płycizny, wybrałem bata o długości dziewięciu metrów, aby swobodnie sięgnąć spadku na mniej więcej dziesiątym metrze od brzegu. Łowienie na bata jest bardzo szybkie i dużo wygodniejsze w przypadku częstych brań niewielkich ryb. Nie trzeba kręcić kołowrotkiem, żeby zwinąć żyłkę i wyholować rybę, wystarczy poderwać bat i przyprowadzić zdobycz do siebie ruchem ręki. Jeżeli nie trafimy dokładnie w miejsce, w którym chcemy łowić, wystarczy przenieść zestaw, zwykle bez ponownego zarzucania.

Wędkarsko to jezioro raczej ma potencjał, ponieważ niektórzy właściciele działek, przechodzący obok nas, potwierdzali doniesienia o okazach wyciąganych z tej wody. Może nie trafiłem w zanętę, przynętę, czy okres w którym ryby żerują, ale polecam sprawdzić i przekonać się samemu, czy uda się złowić jakąś niezłą sztukę.

Niektóre z naszych wypadów zapadają w pamięć przez złowione ryby, niektóre przez same miejscówki, a niektóre przez różne ciekawe sytuacje. W ten sposób docieramy do ostatniego dnia naszej posiadówki, kiedy to już wszyscy odjechali poprzedniego wieczoru, a my jeszcze zostaliśmy do rana. Powoli zbieraliśmy swoje gadżety i przygotowywaliśmy się do wyjazdu, kiedy zauważyliśmy małą chmurę dymu unoszącą się nad lasem niedaleko nas. Pierwsza myśl padła na dogasające ognisko na którejś z działek znajdujących się przy jeziorze. Dymu zrobiło się jednak więcej i zaczęliśmy podejrzewać jakiś pożar, więc naturalnym odruchem było zadzwonić po straż pożarną lub do nadleśnictwa, żeby opanować sytuację. Zanim zdążyliśmy chwycić za telefon, usłyszeliśmy już syreny straży pożarnej pędzącej w naszą stronę, a za nią wóz terenowy leśnika. Straż pomknęła w stronę dymu, a leśnik po ostrym hamowaniu wyskoczył z samochodu i poinformował nas o tym, że nie mamy prawa tu biwakować i musimy się natychmiast spakować. Dodał jednak, że obok nas pali się las, więc musimy zostać na miejscu do jego powrotu, ponieważ na chwilę obecną jesteśmy podejrzani o podpalenie lasu …

Powiedział to i popędził samochodem w stronę pożaru.

Stanąłem jak wryty i nie do końca wiedziałem, czego się dalej spodziewać. W każdym razie spakowani byliśmy, więc już tylko czekaliśmy na powrót naszego „oskarżyciela” 😉

Wrócił po dłuższej chwili i zaczął rozmowę ponownie od wypomnienia nam bezprawnego biwakowania. Niestety zaczął się rozkręcać i od naszej sytuacji pofrunął do ogólnego problemu biwakujących w tym miejscu ludzi. Stwierdził, że takich jest tu pełno i co chwilę wystawia mandaty. Kiedy już emocje opadły i nie byliśmy już „podejrzanymi”, przedstawiliśmy mu mapy, na których to miejsce jest zaznaczone, poprosiliśmy go o rozejrzenie się i zauważenie całego placu ewidentnie przygotowanego pod biwak. Oczywiście wtedy przyznał, że kiedyś było tu miejsce biwakowe, ale zostało już „wykreślone” i on nie odpowiada za aktualizację wszystkich map w internecie. Ponownie pojawiła się frustracja w wyrazie twarzy.

Nagle, zupełnie niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba, spadł na nas pomysł rozwiązania tej powtarzającej się, nieznośnej sytuacji związanej z chmarami biwakujących jednostek. Pomysł tak abstrakcyjny i innowacyjny, że tylko absolutny szaleniec mógłby na to wpaść. Starałem się być spokojny i uprzejmy, jednak nie mogłem powstrzymać potu spływającego z mojego czoła i grymasu, którym starałem się zasłonić zwariowany aspekt tej idei … powoli, wyraźnie i grzecznie wydobyłem słowa:

A może warto umieścić tu tabliczkę z napisem ZAKAZ BIWAKOWANIA

Kropla potu uwolniła się z mojego czoła i bez dźwięku spadła na wyschniętą glebę.

Leśnik oddał mi dowód osobisty, z którego wcześniej spisał moje dane, poprosił nas grzecznie o odjechanie z tego miejsca i sam udał się w podróż w nieznane, nie wystawiwszy żadnego mandatu.

Stąd też cały wstęp na temat miejsc biwakowania. Jeżeli chcecie mieć pewność, to zawsze można zadzwonić do nadleśnictwa lub gminy i się zapytać, czy w danym miejscu można się zatrzymać, nawet jeżeli wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że biwakowanie jest dozwolone. Czasami bowiem może się okazać, że przez naszą nieuwagę z miłośników natury staniemy się prawdziwymi „przestępcami” 😉

5 thoughts on “Jezioro Drzęczno i jesteś „przestępcą””

  1. Ja says:

    Kiedys bylem zaplacilem za łowienie necilem prawie caly dzien.Nastepnego ranka wstaje lapie za wedke a tam gdzie rzucalem zanete wlasciciel jeziora sieci ciagnie. I tak kazdego poranka przez tydzien. Jak mu to powiedzialem to stwierdzil ze to musial szwagier byc. Moze to jest powod braku wiekszych ryb. Bandytyzm i oszustwo z tymi opłatami

  2. Tom says:

    Hej, ile kosztuje wędkowanie nad tym jeziorem?

    1. Paweł says:

      Cześć, płaciliśmy 20 PLN za osobę.

      1. Cezar says:

        Masz może nr telefonu do właściciela, żeby mozna było skontaktować się w sprawie wędkowania?

        1. Wędkarskie Wypady says:

          Niestety, zmiana telefonu i numer zaginął. Poszukam jeszcze i jak się uda namierzyć, to dam znać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *