Karp, karaś i spółka. Dwie doby w Lisewie nad Długim.

Browse By

W województwie kujawsko-pomorskim znaleźliśmy się przejazdem, w drodze nad jezioro Pątnowskie w Wielkopolsce.
Nie chcąc spędzać większej części dnia w samochodzie, znaleźliśmy łowisko z możliwością ustawienia się z przyczepą i postanowiliśmy zostać tu dwie doby.

Chodzi o jezioro Długie. Tak dokładnie, TO „Długie”, których w Polsce mamy tak mało, że każdy od razu wie, o który akwen chodzi 😊
Trochę więcej będziecie wiedzieć, jak podam nazwę miejscowości, gdzie to jezioro się znajduję, a jest to Lisewo Kościelne. Czyli mamy podane województwo, miejscowość i nazwę jeziora.
Szanse na bezproblemowe odnalezienie tej wody wynoszą więc 50%, ponieważ na chwilę obecną łowisko jest błędnie oznaczone na mapach Google. Poprawną lokalizację i dodatkowe informacje na temat łowiska Lisewo znajdziecie na stronie znajdzlowisko.pl
Przejdę teraz już do samego jeziora, które ma powierzchnię 14,5ha. Łowisko faktycznie jest „długie” i do wędkowania udostępniony jest jeden jego brzeg. Mamy na nim wyznaczone stanowiska wędkarskie, których jest ponad 70. Brzeg jest dość zróżnicowany i znajdziemy na nim w zasadzie pełen przekrój ciekawych stanowisk, od twardego, czystego lądu, przez przygotowane miejsca wśród trzcin, po bardziej zarośnięte i trudniej dostępne „karpiowe kryjówki”.

Szybki telefon do właściciela łowiska i dostaliśmy instrukcję, które stanowisko możemy zająć. Nie ze względu na masowe obłożenie wody, ale na fakt, że ciągniemy za sobą przyczepę i niewiele miejsc ma na tyle dużo przestrzeni, aby swobodnie się ustawić, jednocześnie nie blokując drogi przejazdowej, prowadzącej wzdłuż brzegu. Spodobał mi się również sposób uzyskania zezwolenia, ponieważ miałem się rozbić, łowić, a następnego ranka ktoś podjedzie skasować – wygodniej już się chyba nie da 😊

Zajechaliśmy dość późno na nasze stanowisko, więc łowienie zaczęło się następnego dnia. Po zarzuceniu zestawów okazało się, że mamy awarię lodówki w przyczepie, więc szybko przerobiłem zestawy, które poszybowały pod drugi brzeg, uzbrojone w intensywnie pachnące kulki pop up.
Sygnalizatory ustawione, żyłki napięte, podbierak i mata w gotowości i tylko czekać na to długie „piiii”, no albo się wziąć do roboty i w tak zwanym międzyczasie naprawić lodówkę …

Po ponad ośmiu godzinach, które upłynęły od momentu wykręcenia pierwszej śrubki zabudowy kuchennej do ponownego jej wkręcenia, niestety nie miałem konkretnego brania, które wymagałoby jakiejkolwiek interwencji z mojej strony. Przeszło mi przez myśl, żeby zmienić zestawy na klasyka, ale chyba nie byłem już gotowy na szybkościowe łowienie drobniejszych ryb, więc odpuściłem. Z pomocą przyszedł mój syn i chrześniak, którzy chcieli połowić „tradycyjnie” na grunt. Zbliżał się wieczór, więc przygotowałem im zestawy i umieściłem na sygnalizatorach. Krótkie donęcenie łowiska i zaczął się koncert. Płotki, leszcze, krąpie, ukleje z opadu, ryba za rybą, kilkukrotne dorabianie zanęty, żeby było czym napełnić koszyczki i dalej melodyjki wygrywane na sygnalizatorach przez przeróżne gatunki ryb. Bez większych okazów, ale jak trzeba zakończyć łowienie, „bo już ręce bolą”, to uważam to za całkiem udany połów.

Moja nagła przemiana w fachowca od lodówek spowodowała, że sen zawitał u mnie dość szybko tego wieczoru i ponownie wystawiłem wędki dopiero ok. 5 rano. W ruch poszły podajniki do method feedera i ponownie kulki pływające. Zestawy wylądowały pod drugim brzegiem, gdzie poprzedniego dnia widziałem spławiające się karpie. Po pierwszej porannej kawie nastąpił odjazd, jednak karp po krótkim holu pozbył się haczyka z pyska i nawet nie miałem szansy go zobaczyć. Zestaw wrócił na swoje miejsce, druga kawa zaparzona i oczekiwanie na przygięcie szczytówki. Niedługo później faktycznie nastąpiło branie i w podbieraku wylądował karpik ok 3-4 kg.

Postanowiłem pozostać przy zestawach nastawionych bardziej pod karpie. Wiedziałem już, że drobnej ryby jest sporo w łowisku i bierze na potęgę, dlatego wciąż łowiłem na kulki, żeby nie prowokować drobnicy do brania.
Następny odjazd zawitał dopiero kolejnego ranka, tuż przed godziną 6:00. Ryba walczyła ostro, a przyciągnięcie jej z 70 metrów na feederze nie należało do łatwych zadań. Poprosiłem syna nawet o ściągnięcie drugiego zestawu, żeby rajd karpia nie zakończył się splątanymi zestawami. W końcu udało się wprowadzić do podbieraka karpika o wadze ok 7kg.

Był to już ostatni poranek naszego przystanku w drodze do wielkopolski i żaden karp już się nie uwiesił na końcu zestawu. Jednak, żyjąc w zgodzie z moją zasadą, że wędki pakujemy zawsze jako ostatnie, udało się zaciąć całkiem ładnego karasia na pożegnanie łowiska tuż przed ruszeniem w dalszą drogę.

Szczerze polecam jezioro Długie w Lisewie Kościelnym, ponieważ jest to bardzo rybna woda, dobrze zorganizowana i kryje w sobie naprawdę ciekawe okazy, które przy odrobinie wysiłku, da radę skusić do brania. Niewątpliwym atutem tego miejsca jest fakt, że łowisko jest naturalnym jeziorem i zacięte karpie, zachowywały się tak, jakby faktycznie walczyły o życie z niesamowitą energią wkładaną w ucieczkę. Dodatkowo można rozbić namiot, przyjechać z przyczepą i nałowić się do bólu rąk 😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *